Pamiętam, kiedy lata temu obiecywałam sobie w myślach, że jeśli Haghia Sophia zostanie powtórnie przekonwertowana na meczet, wyjadę. Było to jeszcze przed pandemią, ale już po tzw. puczu, kiedy jasne było, że polityka nie idzie w dobrą stronę. Pytanie było wtedy, jak daleko wszystko zajdzie nie tam, gdzie bym chciała. W mediach raz na jakiś czas pojawiały się wzmianki o tym, że radykalne grupy rządają przywrócenia Haghii Sophii statusu meczetu. Wydawało się to wtedy nieprawdopodobne. To były wszak grupy, grupki, „radykalne”. Zaklinałam rzeczywistość groźbą wyjazdu, bo liczyłam, że to wystarczy, jak gdyby to znaczyło cokolwiek dla porządku świata.
Haghia Sophia została przekonwertowana ponownie na meczet w lipcu 2020, w czasie, gdy wychodzenie na ulice ograniczone było do podstawowych podstaw. Nikomu do głów nie przyszło protestować. Wśród moich znajomych pojawiły się głosy racjonalizujące sytuację: może lepiej, że światynia jest w końcu świątyniam? W końcu to przestrzeń sacrum. Dywany chronią marmur, jest lepsza akustyka. Wstęp jest bezpłatny. Drażniło mnie to, jakbym w lustrze widziała swój syndrom sztokholmski. Nawet gdybym chciała, nie mogłabym wtedy wyjechać.
Czytaj dalej „„Co się dzieje w Turcji?” Machiavelli, ucieleśniony”



