Tureckie przedszkole dla klasy średniej+

prace plastycznePrzez sześć miesięcy pracowałam jako nauczycielka angielskiego w prywatnym przedszkolu w pobliżu jednej z tutejszych uczelni. Znad biurka przenosiłam się na kilka godzin dziennie do świata 2,5-3,5 letnich dzieci, których uwaga utrzymuje się nie dłużej niż 10-15 minut i których energia wydaje się być niemalże nieskończona. Zakres moich obowiązków obejmuje wycieranie nosów i ocieranie łez, rozwiązywanie konfliktów, karmienie, zmianę pieluch, zawiązywanie butów, oraz naukę angielskiego w trzech różnych grupach wiekowych: 2-2,5, 3+, 3,5-4.

Program

Pierwsze pół godziny każdego ranka to przygotowania materiałów do zajęć – wycinanek, zadań specjalnych, kolorowanek, itp. – oraz przyjmowanie dzieci do szkoły: zmiana butów, odwieszanie kurtek, przenoszenie plecaków do sal zajęciowych. Następne pół godziny to mycie rąk i śniadanie, po którym mam zajęcia z ‚Pszczółkami’ (w wieku 3+), ‚Motylkami’ (2-2,5) i ‚Słonikami’ (3,5-4), z przerwą na obiad pomiędzy zajęciami. Moje zajęcia składają się z różnorodnych aktywności takich jak piosenki, gry i zadania. Jednak większość nauki ma się odbywać w sposób imitujący naturalne środowisko –  mam mówić po angielsku, dzięki czemu dzieci mają możliwość nauki języka w sposób zbliżony do naturalnej nauki komunikacji. Czytaj dalej „Tureckie przedszkole dla klasy średniej+”

Kuchnia Migrantki: Jak upiec chleb na zakwasie

 

20160522_221729

 

 

 

 

 

 

 

„Wiecznie tak samo jeszcze jak za czasów Piasta,
Po łokcie umączone ręce dzierżąc w dzieży,
Zakwasem zaczyniony chleb ugniata świeży
Przejęta swym odwiecznym obrządkiem niewiasta.”*

Od początku przeprowadzki do Turcji tęskniłam za żytnim razowym chlebem. Sporządzenie własnego zakwasu wydawało mi się alchemią zbyt skomplikowaną, wymagającą magicznych umiejętności i tajemnej wiedzy. Pierwsza próba wypieku zakończyła się przypominającym zeschniętą glinę fiaskiem, utwierdziwszy mnie na ponad rok w powyższym przekonaniu.

Tym razem podeszłam do tematu chleba z innym nastawieniem: większą pokorą, czułością i cierpliwością. Przeczytawszy to i owo w Internecie oraz w książce o kuchni makrobiotycznej, zaczyniłam mój pierwszy zakwas.

Do upieczenia pierwszego chleba potrzebne są: mąka, woda, ciepło i czas. Każdy z tych składników jest tak samo ważny jak pozostałe: Czytaj dalej „Kuchnia Migrantki: Jak upiec chleb na zakwasie”

Jazda Intuicyjna i Człowiekosamochody

tambuł, kwiecień 2013Patrząc – jako pasażerka – na wieczne korki, wzgórza, plątaniny dróg, nieustający zgiełk, trąbienie i ruch samochodów przeplatających się w nieskończonej konkurencji o przestrzeń na drodze, bałam się prowadzić samochód w tym mieście. Nie jestem doświadczonym kierowcą: Prawo jazdy zdałam w Polsce niecałe 3 lata temu i od tamtego czasu jeździłam jedynie okazjonalnie. Moje pierwsze wrażenia z jazdy w Turcji nie należały też do najprzyjemniejszych: zdarzyło mi się utknąć w korku „pod górkę”, i o mały włos nie zderzyć czołowo z kierowcą, który zapomniał zasad pierwszeństwa.

Kiedy jeździ się wewnątrz dzielnic, pierwsze wyzwanie, to brak przestrzeni: wąskie uliczki, wykorzystane zawsze do maksimum przez zaparkowane samochody i pieszych, którzy prawie nigdy nie korzystają z chodnika, ponieważ: A) chodnika nie ma; B) chodnik zajęty jest przez zaparkowane samochody. Kolejne wyzwanie to – oczywiście oprócz wiecznych korków – Czytaj dalej „Jazda Intuicyjna i Człowiekosamochody”

Piknik polonijny w Stambule

8 Maja 2016 w ogrodzie przy kościele Santa Maria (Santa Maria Kilisesi) w Büyükdere, Sariyer (Azaltı Sokak no. 1) odbdzie sie piknik polonijny.

Piknik poprzedzony jest mszą (dla zainteresowanych), która odbedzie sie o godzinie 15:00.

Jak podaje Autor strony https://poloniawstambule.com/, „przy kościele w ogrodzie jest miejsce na zabawy , grilla, są stoły, krzesła, kuchnia, toalety, jednym słowem wszystko, co potrzeba.”. Należy ze soba zabrać naczynia, jedzenie i napoje, a także wszelki asortyment do zabawy i rozrywki na świeżym powietrzu.

Organizacja przestrzeni – rozstawienie stołów, rozpalenie grilla, posprzątanie po pikniku – to zadanie uczestników i uczestniczek. Dlatego najlepiej zaplanować czas tak, żeby móc przyjechać troch wcześniej/zostać nieco dłużej, co ułatwi sprawną organizacje.

Uwaga dla googlujących: prosze nie pomylić kościoła z Santa Maria Draperis, który znajduje si w pobliżu placu Taksim. Poniżej zamieszczam link do mapki na której zaznaczona jest lokalizacja kościoła w Sariyer: https://goo.gl/maps/LuRF6DEYZCp

Dojazd komunikacją miejską: metrem do stacji HACIOSMAN, a nastpnie autobusem lub dolmuszem jadącym do Sariyer, do przystanku BELEDiYE lub M.iPGiN iLKOKULU.

Źródła: https://twitter.com/PLinIstanbul/status/726832557220876288

https://poloniawstambule.com/

 

 

Z powrotem w Azji!

 

imagePo kilkumiesięcznej przerwie jestem znowu w Stambule. I chociaż – pielęgnując stereotypy o Polakach – narzekałam czasami na Stambuł, po bardzo szybkiej aklimatyzacji na prawdę odetchnęłam. Może dlatego, że
ominęła mnie stambulska zima, lub dlatego, że poprzednie miesiące w większości spędziłam w pięknym i ‚kulturalnym’ – ale jednak ‚zimnym’ – Londynie. W Stambule poczułam się najzwyczajniej w świecie swojsko, i zdałam sobie sprawę, że przecież na tę ‚swojskość’ pracowałam przez kilka ostatnich lat, pokonując jedną po drugiej bariery wynikające z różnic językowych, kulturowych, i z innych standardów codziennego życia. Co ciężko przychodzi, być może bardziej się ceni: indywidualny, zakorzeniony w matczynym mleku miękki masochizm. Albo, po prostu, to miasto da się lubić;)

Przez większość czasu mieszkam w akademiku. Namiętnie piszę doktorat, a prawie wyludniony o tej porze roku żeński akademik zapewnia mi to, czego najbardziej w tej chwili potrzebuję – bibliotekę i spokój. Ten ostatni jest jedynie czasami przerywany w dość zabawny sposób: zdarza się, że wieczorną lub nocną ciszę przerwie dźwięk akademikowego telefonu. Podnoszę słuchawkę: halo? halo. kto tam? ja. a do kogo dzwonisz? do ciebie. Innym razem z kolei: halo? cześć, czy możesz mi powiedzieć, jaka jest pogoda? bo podobno padało, i nie wiem, czy już przestało. Moje okno nie wychodzi na zewnątrz. To studenci z męskiego akademika, którzy dzwonią do losowo wybranych pokoi, z nudów, lub w nadziei na nową znajomość. Całkiem zabawne, o ile nie zdarza się w środku nocy, i o ile nie powtarza się co pięć minut.

Godziny oderwania się od pisania pracy spędzam głównie na eksplorowaniu najbliższej okolicy. Jak każda inna część tego miasta, ta również jest pełna kontrastów. W porównaniu z najbliższą okolicą, kampus jest jak inny, nowoczesny świat, gdzie studenci i studentki przechadzają się w szortach, a życie codzienne nie opiera się na domowych obowiązkach. Zaraz za bramą uczelni, tam gdzie w piątki usadawia się malutki bazar, sąsiadują ze sobą nowoczesne apartamenty ‚Merkury’ i ‚Venus’, których schody pokrywa czerwony dywan, oraz prawdziwe ‚gecekondu‚(postawione w nocy): niechlujne kamienice o dziwacznej budowie, przed którymi suszy sie owcza wełna, a z balkonów zwiesza się pranie. Wielu sprzedawców i klienteli bazaru to migranci ze wschodniej Turcji; nie rozumiem większości ich rozmów, które rozbrzmiewają w niezrozumiałych dla mnie dialektach lub językach.image

image

Po drugiej stronie dużej, ruchliwej ulicy, z której wjeżdża się na uczelnię, jedna obok drugiej biegną w dół wąskie uliczki, którymi schodzi się po pobliskiej dzielnicy Kayisdagi, typowej miejskiej wsi. Na sznurkach rozwieszonych na lub pomiędzy balkonami i oknami suszy się pranie. Kobiety w chustkach na głowie i w szarawarach zamiatają ulicę, myją okna, plotkują przed domami. Na ulicach bawią się dzieci, grając w piłkę i tocząc wojny bronią z kawałków styropianu. Na głównej ulicy kilka sklepów z tanim-wszystkim: drobne sprzęty, naczynia, kosmetyki, zabawki, ubrania, wieszaki. Obok tanie supermarkety z niewielkim – jak dla mnie – wyborem produktów, ale za to z niskimi cenami: ryż, olej, cukier, fasola, soczwica, podstawowy nabiał, słodycze. Do akademikowego pokoju kupiłam elektryczną cezve – rondelek, w którym zaparzam sobie kawę po turecku, łamiąc tym samym zasady regulaminu, wg. którego nie wolno w pokojach mieć żadnych sprzętów poza komputerem i zamontowaną na stałe w łazience suszarką. Brak kuchni to jeden z niewielu minusów mojego akademika. ‚Życie studentów jest takie trudne i ciężkie’, skomentowała sympatyczna, starsza pani, od której kupowałam wieszaki do imageakademikowej szafy. Çok zor.

 

Kilkadziesiąt minut wyprawy na południowy zachód, i już jestem na wybrzeżu, w Caddebostan, lub nawet dalej w samym sercu Kadikoy. Podczas ostatniej wieczornej wycieczki przełamałam swoje uprzedzenia do Bagdat Caddesi – już nie pamiętam dokładnie, skąd się wzięły, ale wiązały się w jakiś sposób z odpowiedzią na pytanie-powiedzenie: gdzie w Stambule mogą się zderzyć dwa Ferrari? Rzecz jasna, na Bagdat Caddesi. Przez różne zasłyszane zdania o tym, że to taka ‚posh-ulica’, po której zepsuta turecka młodzież rozbija się ultradrogimi samochodami rodziców, wydawało mi się, że nie mam czego szukać w tej okolicy. Jak w przypadku większości stereotypów i miejskich legend, powyższa również okazała się mocno przesadzona. Faktycznie, Ulica Bagdadzka jest jedną z bardziej nowoczesnych ulic w Stambule, jednak jej słynne zepsucie nie ma nic wspólnego z wyobrażeniami o zderzających się ferrari. Wieczorami, skrawki zieleni wzdłuż brzegu morza zamieniają się w nadwiślański brzeg: dziesiątki młodzieży na kocach, ktoś gra na gitarze, ktoś inny przyjechał na rowerze, kilka osób gra w piłkę. Jest alkohol, ale kulturalnie, bez pijaństwa. Uliczki pełne kawiarni, restauracji i pubów, wypełnione ludźmi w różnym wieku, różnych profesji. W wielu okolicznych kawiarniach wydzielone są przestrzenie dla studentów: przy stolikach siedzą ludzie i ich laptopy, książki, notatki. Bardziej niż krótka sukienka, przchodniów zaszokowałaby burqa. Na ławkach, w kawiarniach, na trawnikach, ludzie czytują książki, a widok człowieka z książką nie jest zaskakującym wyjątkiem, tak jak w mniej ‚nowoczesnych’ częściach Stambułu (o ile lekturą nie jest gazeta lub Koran).

Z dnia na dzień robi sie coraz goręcej. Zaopatrzyłam się już w krem z filtrem 45, i w cienką bluzę z długim rękawem. O ile lubię ciepło, dotyk tutejszego słońca na skórze czasami mnie parzy. Wieczory są nadal dosyć chłodne, i zdarza się, że amplituda temparatur w ciągu doby osiąga dziesięć stopni, a ludzie rozmawiają o zmianach klimatyczych i komentuja ‚dziwną pogodę’.

Bez względu na przynależność mieszkańców, wszystkie ulice w mieście upstrzone są przedwyborczymi hasłami. Tony kolorowych tkanin z logotypami partii politycznych. Tysiące metrów papieru zużytego na bilbordy, plakaty i ulotki. Samochody i autobusy z wizerunkami najpopularniejszych polityków skutecznie przedzierają się przez miejski gwar. Za moim oknem słyszę jedynie ćwierkanie ptaków, szczekanie psów i rozmowy studentek lub sprzątaczek. Przez większość ostatnich dni skutecznie izoluję się w akademikowym pokoju. Czasami odkrywam Stambuł na nowo, kiedy jadę w nieznane dotąd miejsce, lub kiedy zamieniam się w przewodnika podróżnych, którzy każdemu miejscu nadają nowy, indywidualny koloryt i dźwięk.
image

Magiczny Ogród

Od mojego ostatniego wpisu tyle się działo, że nie sposób nadążyć! W Macedonii otwarto Dom Pamięci Ojca Ataturka. W wyborach lokalnych w mojej dzielnicy zaledwie 1% przewagą wygrało AKP. Na Taksim policja gazowała i polewała, za darmo, w rocznicę protestu wokół parku Gezi. Pojechałam prosić o ręke pewnej Turczynki i zostałam L.C. (elsi). Nie jestem w stanie na bieżąco o tym wszystkim pisać, ponieważ ustawicznie… piszę. Lub przynajmniej próbuję pisać, traktat będący biletem na obrzęd przejścia w stan permanentnego szaleństwa, tak zwany doktorat.

Znudzona pseudonaukową angielszczyzną (antropologia to przecież nie nauka;)) i głodna wrażeń wykraczających poza standardy codziennego życia w systemie, wybrałam się ostatnio do Magicznego Ogrodu na obrzeżach Stambułu. Magicznego, właśnie tak! Miejsca, gdzie przychodzi się czcić Ziemię i Pełnię.

Wiele lat niekończącej się przygody etnagroficznej sprawiło, że potrafię znaleźć się w różnorakich miejscach, również takich, w których normalnie bym – być może – nie była. Takie bycie- niebycie doprowadziło mnie do tego, że pomieszała mi się skala porządkująca według stopni od `lubię` do `nie znoszę`. W wielu miejscach (nie)byłam, więc zaczęłam się zastanawiać, gdzie, z kim, kiedy, chciałabym być. Dość długo, choć też nieregularnie i trochę leniwie, szukałam ludzkiej przestrzeni, takiej, z której nie będę musiała uciekać, przerażona słowotokiemsmoltokiem, i w której nie będę musiała prowadzić badań. Czegoś więcej niż wyścia na piwo lub spotkanie na pogaduszki. Choć również potrzebne, zaspokajają społecznie, ale nie duchowo, a mi się tęskniło do duchowej karmy, wymiany i inspiracji. Specyficznej, bo nie związanej z żadnym formalnym kościołem, czy sektą.

Żeby znaleźć swoją przestrzeń w Turcji, musi upłynąc sporo wody. Ile i jakiej, zależy od cech danej osoby i jej otoczenia: tego, co tu robi, gdzie mieszka, z kim żyje, w jakich językach się porusza. W Rajskiej Dzielnicy, w której nadal mieszkam, rajskie owoce wcale nie są na wyciągnięcie ręki i na pewno jest trudniej – biorąc pod uwagę czynniki zewnętrzne – niż, na przykład, w bujnie zielonej i nowoczesnej Azji. Powodów jest wiele. Choć nie jest tak konserwatywnie, to jednak nie nowocześnie. Jest turecki mainstream średniej klasy, nie ma wypasu, ale nie ma też alternatywy, która w innych miejscach na świecie być może już jest mainstreamem. O ile wewnetrzą równowagę można teoretycznie odnaleźć wszędzie, sprzyjające jej czynniki zewnętrzne czasem są po prostu daleko.

Magical GardenŻeby dotrzeć do Magicznego Ogrodu, trzeba pokonać fizyczne lenistwo i kilkanaście(dziesiąt?) kilometrów. Trzeba zostawic komputer, `muszę` i `niechemisię`, by w nagrodę dostać powietrze, przestrzeń, i wszystko to, co proste i dobre, że aż większości wydaje się `dziwne`. Lub groźne. No bo jak to, rozpalać ogień i, w przestrzeni spowitej szałwią, bębnić w pełnię księżyca? Jak to tak, zupełnie za darmo, nie płacąc, nie będąc opłacanym, budować konstrukcje z gałęzi, rozstawiać szałasy, namioty, nakrywać stoły? Magiczny Ogród znalazłam dzięki mojej znajomej, którą spotkałam, a właściwie też znalazłam, szukając osób o zainteresowaniach podobnych do moich. Można to nazwać New Age`m, prądem Ery Wodnika, choć osobiście wolę określenie `alternatywna duchowość`.

Alternatywne praktyki duchowości, w których odradza sie wiara w moc Gaji, kobiecośi, i natury, a zanika konsumpocjonizm i sformalizowana religijność, krystalizują się w Turcji już od dawna. Wypuściły już pierwsze liście, a może nawet owoce, rozpościerając gałęzie na tyle szeroko, by stać się dostępnymi nawet dla yabanci. To nie znaczy jednak, że są powszechne. Yoga, medytacja, reiki, bioenergoterapia, akupunktura, to produkty obecne na tureckim rynku (choć w wąskich kręgach i niewielu przestrzeniach), jednak w większości skierowane do osób, które stać na to, żeby znudzić się codziennością na tyle, by, np. wykupić karnet na już modną jogę. Są, z pewnością zdrowszym, ale nadal towarem, nowym trendem. Alternatywne praktyki duchowości różnią się tym, że mają charakter niekomercyjny, działając na odwiecznej zasadzie wymiany energii i dóbr.

W Magicznym Ogrodzie nie ma zatem biletu wstępu, karty członkowskiej, wejściówek. Ogólne zasady spotkań są podobne. Każdy przynosi jedzenie i wodę, żeby podzielić się z innymi; przy zaledwie kilkunastu osobach powstaje prawdziwy `szwedzki stół`. Odjeżdżając, zabieramy ze sobą śmieci. Nadrzędną niepisaną zasadą jest wymiana, współpraca, szacunek dla przyrody. W zależności od rodzaju spotkania, można grać, medytować, ćwiczyć jogę, konstruować różnorakie eko-szałasy, lub po prostu spać na trawie i podziwiać chmury. W Ogrodzie, który właśnie się rodzi, sieją się nasiona z różnych stron świata, i w różnych językach mówi się podobne, dobre zaklęcia.Fire

Trzeci most nad Bosforem

Trwa budowa trzeciego mostu nad Bosforem. Ma być to most Największy i Najdłuższy: ma mieć prawie 1,5 km długości i ma się znaleźć w pierwszej dziesiątce najdłuższych mostów świata. Tym samym Turcja, choć przecież nadal nie jest w EU, zabłyśnie w ogólnoświatowych rankingach Wielkości.

Kto oglądał polecany tu przeze mnie film Ekumenopolis wie, że budowie trzeciego mostu sprzeciwia się wielu architektów i ekologów. Nie dlatego, że nie lubią mostów i lubują się w wiecznych stambulskich korkach, ale dlatego, że nowy most wcale nie rozwiąże problemów komunikacyjnych Stambułu. Budowę mostu zaplanowano w północnej części cieśniny Bosfor. Ma spinać przestrzenie, które do tej pory były lasem. W praktyce, budowa mostu oznacza więc rozbudowę miasta na północ od starego Konstantynopola: wycinkę lasów, budowę dróg – min. 260-cio kilometrowej Północnej Autostrady Marmara –  i powstanie nowych dzielnic i domów, a także lotniska. Czytaj dalej „Trzeci most nad Bosforem”

Stowarzyszenie Polonii w Stambule

Z przyjemnością informuję że wkrótce odbędzie się spotkanie założycielskie pierwszego stowarzyszenia Polonii w Stambule. Osoby zainteresowane aktywnym udziałem przy tworzeniu stowarzyszenia proszę o kontakt mailowy na adres: poloniastambul@gmail.com . Wszyscy chętni/e zostaną poproszeni o wypełnienie formularza, w którym opiszecie krótko, co chcecie/możecie robić w stowarzyszeniu – pomoże to nam poznać i zebrać nasz potencjał, określić i rozdzielić zadania. Będzie to spotkanie założycielskie, na którym popiszemy statut, wybierzemy i zatwierdzimy zarząd i ramowo omówimy pierwsze przyszłe projekty, zapraszam więc także te osoby, które chciałyby w przyszłości koordynować np. projekty lokalne.

Więcej szczegółów znajdziecie w odpowiedzi na maila.

Pozdrawiam i zapraszam 🙂

Ekmek parası (pieniądze na chleb)

„Zapytano mnie, dlaczego przyjechałam do Stambułu, odpowiedziałam, że…” zanim dokończyłam, mój rozmówca wtrącił: „trzeba było powiedzieć, że przyjechałaś za chlebem” (dosłownie: po pieniądze na chleb ekmek parası için). Poczułam się dziwnie, bo nie przyjechałam do Turcji dlatego, że nie miałam czego jeść w domu; przeciwnie, miałam całkiem dobrze płatną i nienajgorszą pracę. Faktycznie, mając stypendium w Turcji może łatwiej studiować niż w Polsce (choć przy porównaniu z UK lub US Turcja wypadła by blado), ale nie dostałam stypendium za ładne oczy,  tylko pracę okupioną zmaganiami z tutejszą biuokracją… mniejsza z tym. Jakkolwiek by nie było, poczułam nieadekwatność ekmek parasi i dziwny niepokój związany z tym, co to stwierdzenie oznacza. Ekmek parası, podróż za chlebem, kojarzy mi się z takimi czasami i sytuacjami, kiedy rzeczywiście brakuje podstawowych środków do życia i kiedy chleb – symboliczna podstawa pokarmu– staje się dobrem najbardziej pożądanym na świecie, a faktyczny post o chlebie i wodzie wymarzoną i wyczekiwaną ucztą.

Nie lubię tego stwierdzenia. Nie dlatego, że mówi o biedzie i głodzie, ale dlatego, że często pojawia się w sytuacjach sygnalizując nie faktyczny niedostatek, ale stan umysłu, w którym człowiek koncentruje się i zadowala się zaspokajaniem minimum: Czytaj dalej „Ekmek parası (pieniądze na chleb)”