Mauzoleum Eyup’a

image

Meczet Eyupa to jedna z etnograficznych ciekawostek w Stambule, gdzie Islam spotyka się z zaklinaniem i odgadywaniem przyszłości i modlitwą o zdrowie i spełnianie życzeń. Chociaż meczet został zbudowany w piętnastym wieku, jego historia, zgodnie z legendą, sięga kilka wieków wcześniej. W znajdującym się na dziedzińcu mauzoleum spoczywa podobno sam Ebu Eyyub el-Enari, jeden że sprzymierzeńców proroka Mohameda, który zginął podczas pierwszego oblężenia Konstantynopola prze Arabów w 672 lub 674 roku.
Ebu Eyyub el-Enari urodził się w Yethrib, a imię otrzymał po starotestamentowym Hiobie. W czasie hidzry, pielgrzymki Mohameda z Mekki do Medyny, miał podobno udzielić schronienia prorokowi i jego towarzyszom podróży, w ten sposób stając się jednym z Ansarów, czyli pomocników i sprzymierzeńców proroka.
Meczet Eyup’a został zbudowany przez Sułtana Mehmeta pięć lat po zdobyciu Konstantynopola na zachód od Stambułu, poza ścianami miasta. Jednak Konstantynopol był już częścią Imperium, a meczet zaświadczał o dominującej obecności Islamu honorując śmierć jednego z pierwszych Muzułmanów
Przez trzy następne wieki meczet Eyupa zaczął popadać. Zniszczony prawdopodobnie podczas trzęsienia ziemi, został odbudowany przez sułtana Selima III pod koniec osiemnastego wieku. Ściany zewnętrzne meczetu i mauzoleum zostały udekorowane kafelkami stworzonym w Izniku. Część kafelków zachowała się jeszcze z piętnastego wieku, a pozostałe sprowadzono specjalnie na potrzeby renowacji.
Poza wizualnych walorami, meczet Eyup’a przyciąga wiernych ze względu na mauzoleum. Chociaż teologia Islamu nie uznaje kultu zmarłych ani świętych, mauzoleum przyciąga wiernych, którzy modlą się przy grobie Eyup’a o pomoc i wsparcie. Szczególnie w piątki, kandil oraz Bayram, Muzułmanie z różnych stron Turcji odwiedzają meczet i mauzoleum prosząc o rozjaśnienie przyszłości (kısmetını açtırmak), szczęście dla nowo poślubionych, błogosławieństwo obrzezanych chłopców, uzdrowienie i spełnienie różnych życzeń. Wierzy się, że woda płynąca że studni w pobliżu mauzoleum ma także właściwości lecznicze, a ofiara złożona przed meczet ma szczególną wartość.

Reklamy

Z powrotem w Azji!

 

imagePo kilkumiesięcznej przerwie jestem znowu w Stambule. I chociaż – pielęgnując stereotypy o Polakach – narzekałam czasami na Stambuł, po bardzo szybkiej aklimatyzacji na prawdę odetchnęłam. Może dlatego, że
ominęła mnie stambulska zima, lub dlatego, że poprzednie miesiące w większości spędziłam w pięknym i ‚kulturalnym’ – ale jednak ‚zimnym’ – Londynie. W Stambule poczułam się najzwyczajniej w świecie swojsko, i zdałam sobie sprawę, że przecież na tę ‚swojskość’ pracowałam przez kilka ostatnich lat, pokonując jedną po drugiej bariery wynikające z różnic językowych, kulturowych, i z innych standardów codziennego życia. Co ciężko przychodzi, być może bardziej się ceni: indywidualny, zakorzeniony w matczynym mleku miękki masochizm. Albo, po prostu, to miasto da się lubić;)

Przez większość czasu mieszkam w akademiku. Namiętnie piszę doktorat, a prawie wyludniony o tej porze roku żeński akademik zapewnia mi to, czego najbardziej w tej chwili potrzebuję – bibliotekę i spokój. Ten ostatni jest jedynie czasami przerywany w dość zabawny sposób: zdarza się, że wieczorną lub nocną ciszę przerwie dźwięk akademikowego telefonu. Podnoszę słuchawkę: halo? halo. kto tam? ja. a do kogo dzwonisz? do ciebie. Innym razem z kolei: halo? cześć, czy możesz mi powiedzieć, jaka jest pogoda? bo podobno padało, i nie wiem, czy już przestało. Moje okno nie wychodzi na zewnątrz. To studenci z męskiego akademika, którzy dzwonią do losowo wybranych pokoi, z nudów, lub w nadziei na nową znajomość. Całkiem zabawne, o ile nie zdarza się w środku nocy, i o ile nie powtarza się co pięć minut.

Godziny oderwania się od pisania pracy spędzam głównie na eksplorowaniu najbliższej okolicy. Jak każda inna część tego miasta, ta również jest pełna kontrastów. W porównaniu z najbliższą okolicą, kampus jest jak inny, nowoczesny świat, gdzie studenci i studentki przechadzają się w szortach, a życie codzienne nie opiera się na domowych obowiązkach. Zaraz za bramą uczelni, tam gdzie w piątki usadawia się malutki bazar, sąsiadują ze sobą nowoczesne apartamenty ‚Merkury’ i ‚Venus’, których schody pokrywa czerwony dywan, oraz prawdziwe ‚gecekondu‚(postawione w nocy): niechlujne kamienice o dziwacznej budowie, przed którymi suszy sie owcza wełna, a z balkonów zwiesza się pranie. Wielu sprzedawców i klienteli bazaru to migranci ze wschodniej Turcji; nie rozumiem większości ich rozmów, które rozbrzmiewają w niezrozumiałych dla mnie dialektach lub językach.image

image

Po drugiej stronie dużej, ruchliwej ulicy, z której wjeżdża się na uczelnię, jedna obok drugiej biegną w dół wąskie uliczki, którymi schodzi się po pobliskiej dzielnicy Kayisdagi, typowej miejskiej wsi. Na sznurkach rozwieszonych na lub pomiędzy balkonami i oknami suszy się pranie. Kobiety w chustkach na głowie i w szarawarach zamiatają ulicę, myją okna, plotkują przed domami. Na ulicach bawią się dzieci, grając w piłkę i tocząc wojny bronią z kawałków styropianu. Na głównej ulicy kilka sklepów z tanim-wszystkim: drobne sprzęty, naczynia, kosmetyki, zabawki, ubrania, wieszaki. Obok tanie supermarkety z niewielkim – jak dla mnie – wyborem produktów, ale za to z niskimi cenami: ryż, olej, cukier, fasola, soczwica, podstawowy nabiał, słodycze. Do akademikowego pokoju kupiłam elektryczną cezve – rondelek, w którym zaparzam sobie kawę po turecku, łamiąc tym samym zasady regulaminu, wg. którego nie wolno w pokojach mieć żadnych sprzętów poza komputerem i zamontowaną na stałe w łazience suszarką. Brak kuchni to jeden z niewielu minusów mojego akademika. ‚Życie studentów jest takie trudne i ciężkie’, skomentowała sympatyczna, starsza pani, od której kupowałam wieszaki do imageakademikowej szafy. Çok zor.

 

Kilkadziesiąt minut wyprawy na południowy zachód, i już jestem na wybrzeżu, w Caddebostan, lub nawet dalej w samym sercu Kadikoy. Podczas ostatniej wieczornej wycieczki przełamałam swoje uprzedzenia do Bagdat Caddesi – już nie pamiętam dokładnie, skąd się wzięły, ale wiązały się w jakiś sposób z odpowiedzią na pytanie-powiedzenie: gdzie w Stambule mogą się zderzyć dwa Ferrari? Rzecz jasna, na Bagdat Caddesi. Przez różne zasłyszane zdania o tym, że to taka ‚posh-ulica’, po której zepsuta turecka młodzież rozbija się ultradrogimi samochodami rodziców, wydawało mi się, że nie mam czego szukać w tej okolicy. Jak w przypadku większości stereotypów i miejskich legend, powyższa również okazała się mocno przesadzona. Faktycznie, Ulica Bagdadzka jest jedną z bardziej nowoczesnych ulic w Stambule, jednak jej słynne zepsucie nie ma nic wspólnego z wyobrażeniami o zderzających się ferrari. Wieczorami, skrawki zieleni wzdłuż brzegu morza zamieniają się w nadwiślański brzeg: dziesiątki młodzieży na kocach, ktoś gra na gitarze, ktoś inny przyjechał na rowerze, kilka osób gra w piłkę. Jest alkohol, ale kulturalnie, bez pijaństwa. Uliczki pełne kawiarni, restauracji i pubów, wypełnione ludźmi w różnym wieku, różnych profesji. W wielu okolicznych kawiarniach wydzielone są przestrzenie dla studentów: przy stolikach siedzą ludzie i ich laptopy, książki, notatki. Bardziej niż krótka sukienka, przchodniów zaszokowałaby burqa. Na ławkach, w kawiarniach, na trawnikach, ludzie czytują książki, a widok człowieka z książką nie jest zaskakującym wyjątkiem, tak jak w mniej ‚nowoczesnych’ częściach Stambułu (o ile lekturą nie jest gazeta lub Koran).

Z dnia na dzień robi sie coraz goręcej. Zaopatrzyłam się już w krem z filtrem 45, i w cienką bluzę z długim rękawem. O ile lubię ciepło, dotyk tutejszego słońca na skórze czasami mnie parzy. Wieczory są nadal dosyć chłodne, i zdarza się, że amplituda temparatur w ciągu doby osiąga dziesięć stopni, a ludzie rozmawiają o zmianach klimatyczych i komentuja ‚dziwną pogodę’.

Bez względu na przynależność mieszkańców, wszystkie ulice w mieście upstrzone są przedwyborczymi hasłami. Tony kolorowych tkanin z logotypami partii politycznych. Tysiące metrów papieru zużytego na bilbordy, plakaty i ulotki. Samochody i autobusy z wizerunkami najpopularniejszych polityków skutecznie przedzierają się przez miejski gwar. Za moim oknem słyszę jedynie ćwierkanie ptaków, szczekanie psów i rozmowy studentek lub sprzątaczek. Przez większość ostatnich dni skutecznie izoluję się w akademikowym pokoju. Czasami odkrywam Stambuł na nowo, kiedy jadę w nieznane dotąd miejsce, lub kiedy zamieniam się w przewodnika podróżnych, którzy każdemu miejscu nadają nowy, indywidualny koloryt i dźwięk.
image

Nareszcie w Polsce!! Toalety z bidetami, czyli funkcjonalne 2w1

Jakiś czas temu miałam przyjemność tłumaczyć dla przemiłej pary Polaków, którzy odwiedzili Stambuł aby zdobyć wiedzę o czymś bardzo pożytecznym, praktycznym i zdrowym, popularnym w Turcji i krajach muzułmańskich, a w Polsce i przeważającej częście `zachodniego świata` zupełnie nieznanym. Chodzi o toalety z bidetami, urządzenie, które pozwala łatwo i skutecznie realizować maksymę `myć, nie rozcierać’:)

O toaletach z kranikami pisałam już jakiś czas temu. Dzisiaj pozwolę sobie zareklamować Toalety z Bidetami

źródło: https://aquapurit.pl/
źródło: https://aquapurit.pl/

Dzień Republiki

ataturkWczoraj, 29 października, w Turcji i na północnym Cyprze świętowano rocznicę ustanowienia Republiki Turcji, Cumhuriyet Bayramı. Dokładnie w 1923 roku Mustafa Kemal Ataturk, `Ojciec Turków`, symbolicznie zakończył epokę Imperium Osmańskiego, by wprowadzić położony na dwóch kontynentach kraj w świat zachodnich standardów i świeckich wartości. Ustanowieniu Republiki towarzyszył szereg nierzadko radykalnych zmian w sposobie funkcjonowania państwa, dotykających nawet najbardziej prywatnych sfer życia.

Turecka konstytucja z 1924 roku zmieniła krainę sułtanów i kalifów w państwo świeckie, w którym praktyki religijne sprowadzić się miały do sfery prywatnej. Zakaz publicznych manifestacji religijności dotyczył nawet ubioru: zabroniono noszenia czarszafów, a nawet hidżabu (zasłona, czyli, upraszczając, chustka, którą wierząca kobieta zakrywa włosy). Kolejnymi ważnymi zmianami było wprowadzenie koedukacyjnych szkół, oraz reforma językowa, która oznaczała pożegnanie się z alfabetem osmańskim i zastąpienie go latynicą.

Jedną z najważniejszych zmian była próba tworzenia państwowości tureckiej i `narodu tureckiego` jako antytezy ideologii i tożsamości osmańskiej. Przenosząc stolicę ze Stambułu do Ankary Ataturk kierował się nie tylko bezpieczeństwem i strategią wynikającą z położenia geograficznego, lecz rozstawał się także z przeszłością Imperium. Założone na początku ustanowienia Republiki instytucje naukowo-badawcze i muzea (np. Muzeum Archeologii) miały za zadanie udowodnienie i udokumentowanie korzeni i charakteru narodu tureckiego. Zgodnie z nowym mitem Turcy wywodzili się od Hetytów, jednej z najpotężniejszych udokumentowanych cywilizacji indoeuropejskich zamieszkujących do ok. 1200 p.n.e. tereny dzisiejszej Anatolii.

Część przedstawicieli i sympatyków obecnego rządu, choć oficjalnie świętują ustanowienie Republiki, odnoszą się krytycznie do zmian wprowadzonych przze Ataturka. `W jakim innym kraju na świecie ludzie nie mogą, bo nie potrafią, czytać pism swoich pradziadków?` retorycznie spytał jeden z moich rozmówców, gdy spytałam o Republikę. Wiele osób zarzuca Ataturkowi zbytnie sympatyzowanie z zachodem i `sprzedanie` tureckości masonerii. Tymczasm w dyskursie zachodnim postać Ataturka jest nadal symbolem nowoczesności i `wyprowadzenia Turcji z czasów ciemnoty`, jak stwierdza komentator jednego z filmów o Ojcu Turków, do którego link zamieszczam poniżej:

A ja życzę wszystkim Turkom i Turczynkom przyjemnego świętowania Dnia Republiki. Cumhuriyet Bayrami Kutlu Olsun!

 

W studenckiej jurcie

20140610_143642Moja uczelnia znajduje się za siedmioma górami. Dojazd zajmuje mi dwie godziny, i wszędzie jest stąd cholernie daleko. Dzięki temu, patrząc przez okno widzę zielone wzgórze, drzewa i kwiaty, a rano budzi mnie śpiew ptaków. Wdycham całkiem czyste, jak na Stambuł, powietrze. Jest cicho. Nawet wyjątkowo dziś aktywne dziewczęta z pokoju obok nie dorównują moim sąsiadom z Rajskiej Dzielnicy. Trochę pokrzyczą, ale w końcu się zmęczą. Nie mają dzieci, nie oglądają meczu, i rzadko i umiarkowanie spożywają alkohol. Jest porządnie i poprawnie, większość pokoi milknie po 22:00. No, może czasem troszkę po północy, ale i tak całkiem nieźle, jak na Stambuł. Jak wszystko inne, mieszkanie w akademiku ma swoje wady i zalety. Choć nie mieszkam tu na stałe, regularnie pomieszkuję, i w chwili oderwania się od naukowej pracy, postaram się opisać `mój`akademik.

Już zerknięcie w etymologię pozwala uchwycić różnicę pomiędzy polskim a tureckim domem studentów. `Akademik` wyartykułowany po turecku nie ma nic wspólnego z `akademią`. `Yurt` oznacza dom studencki, ale też `dom` w różnych znaczeniach: dom rodzinny, ojczyznę, habitus. `Yurt` odnosi się także do swojskości i obcości. W dosłownym tłumaczeniu `wewnątrz domu`, (yurt içi) to po turecku `w kraju`, a `na zewnątrz domu` (yurt dişi) to `za granicą`. Yurt-akademik ma być zatem swojski, nie tylko `domowy`, ale też `krajowy`, narodowy, turecki. Przyglądając się przestrzeni akademika można zatem uchwycić subtelne zarysy lokalnego sysytemu wartości, modelu rodziny i społeczeństwa. To taki modelowy mikro-świat w różnorodnym i wielobarwnym świecie.

Po pierwsze, akademiki są przestrzenią homo. Budynki przeznaczone są jedynie dla dziewcząt, lub chłopców. Nie wolno zapraszać gości z zewnątrz, urządzać imprez, lub wchodzić przez okna. Dzięki temu jest jak w haremie: ‚bezpiecznie’, ale monobarwnie. Dziewczęta siedzą w swoich pokojach, ewentualnie zapraszając sąsiadki. Czasami przechadzają się po kortarzu owienięte w ręcznik, w samej bieliźnie, lub w bardzo niekompletnym ubraniu. W tym czasie ich koledzy czekają cierpliwie przed drzwiami budynku, ćmiąc papierosa lub grając w gry na telefonie. Wieczorami widzę przez okno takich, co czekają nawet po kilkadziesiąt minut, bo najwyraźniej tyle czasu potrzebuje przeciętna studentki by przygotować się do spaceru po terenie kampusu.

W porównaniu z polskimi akademikami, ten turecki przypomina hotel. Bryloczkiem przy moim kluczu jest plastikowy czip, który umieszczam we włączniku za drzwiami, żeby uaktywnić światło i wtyczki. Dwuosobowy, sterylny pokój wyposażony jest w dwa łóżka, dwa połączone szklanym blatem biurka oparte na szafkach i mikro lodówce. To wprawdzie nie B&B, ale w pokoju mam łazienkę z prysznicem, mydłem, suszarką. Białe ręczniki i pościel wymieniane są raz w tygodniu, co drugie sprzątanie: studenci nie powinni zaprzątać swoich głów prozaicznymi czynnościami. Wszystko robi się samo. Nawet torba ze śmieciami sama znika sprzed moich drzwi, i absolutnym brakiem taktu wykazałam się szukając kontenera na śmieci dnia pierwszego. Samodzielnie się prasuje, w specjalnych pomieszczeniu na partarze. Samemu trzeba też zanieść pranie do pralni, gdzie jednak pierze się samo, po spotkaniu z niewidzialną siłą, która z pralki przenosi do suszarki.

Jeśli kogoś stać na studia, nie powinna/nien się przemęczać. Ci, którzy w młodym wieku pracują zarobkowo, na przykład na bazarach, na tychże już najczęściej zostaną. Polska norma połączenia pracy zarobkowej i studiów w trybie dziennym lub wieczorowym to w Turcji dziwactwo. W dotaku z kategorii çok zor (bardzo tudne).

W każdym segmencie na korytarzu akademika stoi duża butla z zimną i prawie-wrzącą wodą. Woda, rzecz jasna, wymienia się sama. Zalewając pseudo-wrzątkiem odpowiednią saszetkę można bardzo szybko otrzymać substytut kawy lub herbatę. W lokalnym akademiku nie przyrządzisz kawy po turecku, ponieważ nie wolno niczego gotować. W akademiku nie ma kuchni, a w pokojach nie wolno mieć czajników, kuchenek, lub innych podobnych wynalazków. O bezpieczeństwo studentów dba serwis sprzątający i czujniki anty-pożarowe. Dozwolone urządzenia prądożercze to laptop, radio, lampka, ładowarka.

Studiująca młodzież nie powinna również tracić czasu na gotowanie. Może przecież jeść surowe, albo – co bardziej powszechne – konsumować abur-dżubur (z tureckiego: tzw śmieciowe żarcie). W sklepiku na terenie kampusu można zaopatrzyć się w stosowne batoniki, czekoladki, ciasteczka i chrupki, brońciępanietureckiboże owoce lub warzywa, które moża zdobyć jedynie wyprawiając się poza bramy kampusu, lub – podwójnie drogie w porze lanczu. a Lokalne bufety serwują fast food, puszkowane napoje, herbatę i kawę z automatu. Centralny karmnik to studencka stołówka, jednak wcale nie taka tania, i serwującej posiłki jedynie w wyznaczonych godzinach. Do wyboru potrawy z zakresu typowej domowej tureckiej kuchni. Z opcji `bez mięsa` do wyboru są warzywa, jadalne, nawet smaczne, ale dosyć monotonne i żeby dobrze się czuć, musze się dożywiać poza stołówką. Zawsze takie same surówki (pomidory z ogórkiem, lub marchewka, kapusta i sałata), klasyczne duszone warzywa z olejem i salczą, czasami fasola lub cieciorka. Puree ziemniaczane, biały ryż z olejem, białe pieczywo. Da się przeżyć, da się nawet schudnąć, bo dzięki zdroworozsądkowej eliminacji stołówkowego menu zawężam moje menu do jednego posiłku dziennie złożonego z surówki i warzyw/cieciorki/zupy. Witariańskie śniadanie i kolację organizuję sobie sama. Wracając do stołówki, jedynym wystrojem jest ścienne LCD emitujące tureckie przeboje z Power Turka. Nie jestem pewna, czy to studencki ambient, czy sposób na stworzenie atmosfery `jak w domu`, a może 2w1. Kto pomieszkał w Turcji, ten wie, że w wielu domach telewizor to główny ołtarz, towrzyszący wszelkim codziennym czynnościom, od świtu, do zmierzchu, i pomiędzy.

To mój trzeci pobyt w akademiku i po raz pierwszy nie jestem całkowicie sama w pokoju. Moja współlokatorka jest Iranką, która wyjechała do domu zaraz dzień po moim przybyciu, by wrócić dzień przed moim wyjazdem. Choć nie jestem aspołeczna, rozkoszuję się chwilową samotnością. Być może dlatego, że mam lekką traumę po doświadczeniu z akademika w Macedonii, gdzie trafiłam na lokatorki, którym zdarzało się np. przykładać szklankę do ściany, kiedy w pokoju obok `coś się działo`.

Staram się unikać generalizacji, ale czy da się przejść obok wielkiej góry, udając, że jej nie ma? `Turecka młodzież` to faktycznie istniejący byt. Generalizując, wygląda prawie tak samo. Nie `identycznie`, ale katalogowo. Różnorodność manifestuje się w ramach pewnych przyjętych standardów, norm, i tego, co poprawne. Cudzoziemców łatwo poznac po tym, że na tle tureckości wyglądają jak ekstremum. Przede wszystkim, młodzież powinna wyglądać ładnie. Poprawny makijaż, poprawne włosy poprawne ubranie. Czasem zbyt mocno, przemalowanie, przejaskrawie, lalkowato, ale wciąż mieszcząc się w kategorii `chcę być ładny`. Studenci ubierają się w spodnie i koszulę/t-shirt. Nie oczekuję od nich letniej sukienki, ale ich koszule i t-shirty są poprawne, mainstreamowe. Najbardziej alternatywną subkulturą są `rokersi`, zawsze ubrani na czarno, w ubrania podobnych firm, poprawni rokersi z katalogu rokersów. W tutejszej palecie `subkultur` brakuje mi manifestacji indywidualnej kreatywności. Własnej twórczości. Jednak jak można byc kreatywną/ym, jeśli wszystko wokół robi się samo? Mainstreamowe subkultury mieszczą się się w kanonie katalogowego piękna, pozostając tak samo alternatywne, jak dready wykonane za kilkaset złotych w salonie fryzjerskim.

Magiczny Ogród

Od mojego ostatniego wpisu tyle się działo, że nie sposób nadążyć! W Macedonii otwarto Dom Pamięci Ojca Ataturka. W wyborach lokalnych w mojej dzielnicy zaledwie 1% przewagą wygrało AKP. Na Taksim policja gazowała i polewała, za darmo, w rocznicę protestu wokół parku Gezi. Pojechałam prosić o ręke pewnej Turczynki i zostałam L.C. (elsi). Nie jestem w stanie na bieżąco o tym wszystkim pisać, ponieważ ustawicznie… piszę. Lub przynajmniej próbuję pisać, traktat będący biletem na obrzęd przejścia w stan permanentnego szaleństwa, tak zwany doktorat.

Znudzona pseudonaukową angielszczyzną (antropologia to przecież nie nauka;)) i głodna wrażeń wykraczających poza standardy codziennego życia w systemie, wybrałam się ostatnio do Magicznego Ogrodu na obrzeżach Stambułu. Magicznego, właśnie tak! Miejsca, gdzie przychodzi się czcić Ziemię i Pełnię.

Wiele lat niekończącej się przygody etnagroficznej sprawiło, że potrafię znaleźć się w różnorakich miejscach, również takich, w których normalnie bym – być może – nie była. Takie bycie- niebycie doprowadziło mnie do tego, że pomieszała mi się skala porządkująca według stopni od `lubię` do `nie znoszę`. W wielu miejscach (nie)byłam, więc zaczęłam się zastanawiać, gdzie, z kim, kiedy, chciałabym być. Dość długo, choć też nieregularnie i trochę leniwie, szukałam ludzkiej przestrzeni, takiej, z której nie będę musiała uciekać, przerażona słowotokiemsmoltokiem, i w której nie będę musiała prowadzić badań. Czegoś więcej niż wyścia na piwo lub spotkanie na pogaduszki. Choć również potrzebne, zaspokajają społecznie, ale nie duchowo, a mi się tęskniło do duchowej karmy, wymiany i inspiracji. Specyficznej, bo nie związanej z żadnym formalnym kościołem, czy sektą.

Żeby znaleźć swoją przestrzeń w Turcji, musi upłynąc sporo wody. Ile i jakiej, zależy od cech danej osoby i jej otoczenia: tego, co tu robi, gdzie mieszka, z kim żyje, w jakich językach się porusza. W Rajskiej Dzielnicy, w której nadal mieszkam, rajskie owoce wcale nie są na wyciągnięcie ręki i na pewno jest trudniej – biorąc pod uwagę czynniki zewnętrzne – niż, na przykład, w bujnie zielonej i nowoczesnej Azji. Powodów jest wiele. Choć nie jest tak konserwatywnie, to jednak nie nowocześnie. Jest turecki mainstream średniej klasy, nie ma wypasu, ale nie ma też alternatywy, która w innych miejscach na świecie być może już jest mainstreamem. O ile wewnetrzą równowagę można teoretycznie odnaleźć wszędzie, sprzyjające jej czynniki zewnętrzne czasem są po prostu daleko.

Magical GardenŻeby dotrzeć do Magicznego Ogrodu, trzeba pokonać fizyczne lenistwo i kilkanaście(dziesiąt?) kilometrów. Trzeba zostawic komputer, `muszę` i `niechemisię`, by w nagrodę dostać powietrze, przestrzeń, i wszystko to, co proste i dobre, że aż większości wydaje się `dziwne`. Lub groźne. No bo jak to, rozpalać ogień i, w przestrzeni spowitej szałwią, bębnić w pełnię księżyca? Jak to tak, zupełnie za darmo, nie płacąc, nie będąc opłacanym, budować konstrukcje z gałęzi, rozstawiać szałasy, namioty, nakrywać stoły? Magiczny Ogród znalazłam dzięki mojej znajomej, którą spotkałam, a właściwie też znalazłam, szukając osób o zainteresowaniach podobnych do moich. Można to nazwać New Age`m, prądem Ery Wodnika, choć osobiście wolę określenie `alternatywna duchowość`.

Alternatywne praktyki duchowości, w których odradza sie wiara w moc Gaji, kobiecośi, i natury, a zanika konsumpocjonizm i sformalizowana religijność, krystalizują się w Turcji już od dawna. Wypuściły już pierwsze liście, a może nawet owoce, rozpościerając gałęzie na tyle szeroko, by stać się dostępnymi nawet dla yabanci. To nie znaczy jednak, że są powszechne. Yoga, medytacja, reiki, bioenergoterapia, akupunktura, to produkty obecne na tureckim rynku (choć w wąskich kręgach i niewielu przestrzeniach), jednak w większości skierowane do osób, które stać na to, żeby znudzić się codziennością na tyle, by, np. wykupić karnet na już modną jogę. Są, z pewnością zdrowszym, ale nadal towarem, nowym trendem. Alternatywne praktyki duchowości różnią się tym, że mają charakter niekomercyjny, działając na odwiecznej zasadzie wymiany energii i dóbr.

W Magicznym Ogrodzie nie ma zatem biletu wstępu, karty członkowskiej, wejściówek. Ogólne zasady spotkań są podobne. Każdy przynosi jedzenie i wodę, żeby podzielić się z innymi; przy zaledwie kilkunastu osobach powstaje prawdziwy `szwedzki stół`. Odjeżdżając, zabieramy ze sobą śmieci. Nadrzędną niepisaną zasadą jest wymiana, współpraca, szacunek dla przyrody. W zależności od rodzaju spotkania, można grać, medytować, ćwiczyć jogę, konstruować różnorakie eko-szałasy, lub po prostu spać na trawie i podziwiać chmury. W Ogrodzie, który właśnie się rodzi, sieją się nasiona z różnych stron świata, i w różnych językach mówi się podobne, dobre zaklęcia.Fire

Etnografia do kieszeni: historie z warszawskich przestrzeni

EtnografiaDoKieszeni_nr1Dzisiejszy post nie dotyczy Turcji, ale cóż, nie wszystko musi:) Wierzę, że moi Czytelnicy i Czytelniczki, bez względu na miejsce zamieszkania, lubią poczytać czasem o Polsce, i niekoniecznie ograniczając się do codziennych wiadomości. Jeśli macie ochotę poznać warszawskie zaułki, polecam kieszonkowe wydania Etnografii do Kieszeni wydane przez Stowarzyszenie Pracownia Etnograficzna.

Uwaga, to nie jest post sponsorowany! 🙂 Kilka dni temu, po rozmowie dotyczącej polskich zwyczajów, wpadł mi w ręce (a raczej w ekran, gdyż czytałam w pdf-ie) pierwszy numer Etnografii, a w nim, między innymi, artykuł Pawła Jeleniowskiego, który przyglądał się kulturze picia, a raczej „towarzyskiego pijaństwa” Warszawiaków prawie pół wieku temu. Przeczytać ten artykuł powinien każdy, kto zastanawiając się nad specyfiką polskiego życia towarzyskiego intuicyjnie wyczuwa, że coś jest na rzeczy, gdy pojawia się alkohol. Mieszkając w Turcji, większość osób (o ile nie pracują w barze na Taksimie) zauważy, że spożywanie alkoholu ma zupełnie inne znaczenie kulturowe. Młode Turczynki spotykają się na kawę, herbatę, ciasteczka i kisir, a większość kobiet nie pije w ogóle. Mężczyźni wolą upijać się we własnym gronie, sącząc rakı i zagryzając meze, zazwyczaj ukrywając się przed mamą i żoną. Czy tak zwane „pijaństwo inteligenckie”, o którym pisze Paweł Jeleniowski, w ogóle w Turcji istnieje?

Z Autorami pozostałych artykułów pierwszego numeru wybierzemy się na Powiśle, gdzie obserwujemy przemiany społeczne podmości i kamienic,  by następnie zagłębić się w „inteligenckie uliczki Ursynowa”.

Numer drugi to również podróż w czasie: jedna z Autorek zabiera nas na nieistniejący już Jarmark Europa, z drugą poszwędamy się wśród staroci bazaru na Kole, by następnie zastanowić się wraz z mieszkańcami nad modernizacją Hali Banacha.

W trzecim numerze Etnografii, przyglądamy się przeszłości: przedwojennym słoikom, PRL i Solidarności, oraz podwojennej Pradze.

Jak podkreślono w opisie Etnografii do Kieszeni, jednym z celów jest przybliżenie mieszkańcom Warszawy etnografii jako współczesnej dyscypliny naukowej. Etnograficzna metoda, oparta na spotkaniu z człowiekiem w kontekście, w którym funkcjonuje, pozwala w nowy sposób poznawać to, co pozornie bliskie i oczywiste.

Polecam na co dzień i do poduszki:)

Herito: dziedzictwo, kultura, współczesność. Recenzja wydania poświęconego Turcji

okadka HeritoDostałam przed sobą niełatwe zadanie napisania recenzji czaspisma, a dokładnie numeru kwartalnika Herito w całości poświęconemu Turcji. Chcąc zachować drogę środka pomiędzy pochwałą a krytykanctwem, zachęcić do przeczytania, ale też przemyślenia, wyłowić „perełki” a jednocześnie wskazać alternatywne punkty widzenia, podjęłam wyzwanie;)

Zacznijmy od początku. Magazyn HERITO: dziedzictwo, kultura, współczesność, wydawany jest przez Międzynarodowe Centrum Kultury z siedzibą w Krakowie. Numer poświęcony Turcji ukaże się już 7 kwietnia, wydany z okazji tegorocznych obchodów 600 lecia stosunków polsko-tureckich, w które bardzo dobrze się wpisuje jako owoc zbiorczej pracy autorów z Polski i z Turcji: większość Autorów własną postacią symolizuje polsko-tureckie więzi: wśród nich znaleźli się turkolodzy i historycy, pracownicy dyplomacji, felietoniści tureccy a nawet poloniści tureckiego pochodzenia.

Wydanie o Turcji, przygotowane po polsku i po angielsku, poza inofrmacjami o wydarzeniach organizowanych w ramach obchodów 600 lecia, dotyka trzech płaszczyzn tematycznych sugerowanych w tytule magazynu: dziedzictwa, kultury, i współczesności. Zacznijmy od początku.

Historia i Dziedzictwo

W poszukiwaniu współczesnej tożsamości wciąż czujemy potrzebę uzasadniania naszych postaw i zachowań zapomocą udokumentowanej historycznej ciągłości i faktów. Pięć kolejnych prac, zaczynając od artykułu Adama Balcera, przygląda się historii relacji polsko tureckich, starając się pokazać nie tylko wspólną przeszłość i bohaterów, ale tez skorygować błędy wrośnięte w narodowe historiografiie. Adam Balcer, skutecznie skupiając się na podobieństwach obu krajów i ukazując punkty styku obu kultur, pomaga Czytelnikom odnaleźć w sobie przedsmak Orientu. W swoim opisie maluje różnorodną i wielobarwną Polskę, w której szlacheckie surduty inspirowane są osmańskim wzornictwem, a dyplomacja pomiędzy krajami przeważa nad wojną. Warte zwrócić uwagę, że chociaż w XVII wieku było kilka wojen „turecko-polskich”, tak na prawdę były to konflikty zbrojne pomiędzy wielowyznaniowymi mocarstwami: w Imperium Osmańskim różne grupy wyznaniowe zorganizowane były w millety o ograniczonej autonomii. Choć jako dyplomata, Autor nieznacznie upiększa polską historię (na przykład przyznając Rzeczpostpolitej większą demokrację), jego artykuł dostarcza wiele smaczowitych, wyjątkowych obrazów, które zachęcają do dalszej podróży i odkrywania w Polsce Orientu.

Historyk Tomasz Ciesielski przygląda się relacjom polsko tureckim i procesowi transformacji wroga w sąsiada. Dowodzi, że polskie wyobrażenie o osmańskiej Turcji jako przeciwniku, mają korzenie w mitologii „ku pokrzepieniu serc”. Imperium osmańskie nigdy nie było prawdziwym, zagorzałym wrogiem państwa polskiego, o czym świadczą liczne traktaty pokojowe i umowy podpisywane przez oba kraje. Jak słusznie zauważa autorka kolejnej pracy, Hacer Topaktaş, jedną z głównych przyczyn nawiązania i zacieśniania współpracy i dyplomatycznych relacji było pojawienie się wspólnego wroga, Rosji. Chłodząc polskie narodowe mity przysłowiowym kubłem zimnej wody, Autorka, zaznacza, że choć zdanie „przybył poseł z Lechistanu” znane jest wielu Turkom, wiedza o Polsce w tureckiej historiografii jest raczej znikoma, i na pewno wymaga dokładniejszego zbadania.

O potrzebie wzajemnego poznawania pisze też Beata Nykiel, sugerując nie tylko potrzebę wiedzy historycznej, lecz także „wyjścia poza stereotypy” (pp 65). Z artykułów obu wymienionych autorek polski Czytelnik może się dowiedzieć, że Józef Bem znany jest Turkom jako Murad Pasza, że słynny osmański muzyk i pisarz Ali Ufke Bey to Wojciech Bobowski, turecki Hayrettin (obecnie, nazwa jednego z najbardziej popularnych kabaretów – przypis własny) ma źródło w pseudonimie publicysty Karola Karskiego, a Konstanty Borzęcki, czyli Mustafa Celaledin Pasza przyczynił się min. do modernizacji Imperium, inspirując Ataturka do wprowadzenia łacińskiego alfabetu i standaryzacji języka tureckiego (68-69).

Przyglądając się historii polsko-tureckiej nie sposób oprzeć się wrażeniu, że mamy przed sobą prawdziwą His-story, czyli opowieść pisaną przez mężczyzn. Wśród bogatego grona żołnierzy, wojowników, pisarzy, tłumaczy i posłów, jedyną postacią kobiecej bohaterki jest Roksolana, znana w Turcji jako Hurem Sultan żona sułtana Sulejmana, o której wpływach na dworze wspomina się często w kontekście przyjaznych kontaktów z chrześcijańską częścią Europy. Niewątpliwie, kroniki minionych wieków obfitują w wojny, bitwy, traktaty, a wiedza o tym, co działo się na ulicach miast i wsi, w domowym zaciuszu lub w haremie (części mieszkalnej) pałacu Sułtana opiera sie głównie na domysłach.

Dzięki zebraniu w jednym tomie publikacji polskich i tureckich autorów możemy poznać różne punkty widzenia. Niewielkie różnice w interpretacji zdarzeń pokazują, jak trudno uwolnić się od narodowych „okularów”, i jak ważne w uzyskiwaniu wiedzy jest korzystanie z różnorodnych źródeł. Podczas gdy Adam Balcer pisze o posłach polskich jako najliczniejszym poselstwie z Europy odwiedzającym Turcję, Hacer Topbataş wspomina o istnieniu wspólnej wymianiy poselskiej. Takie różnice, choć nieznaczne, pozwalają wychwycić moc naszego własnego mitu narodowego, w którym figurujemy jako „naj”. Każdy mit tworzony jest na lepszej przeszłości: można mówić o Rzeczpospolitej jako państwie znacznie bardziej zdecentralizowanym i demokraktycznym niż Imperium (17), lub, jak większość Turków, o Imperium Osmańskim jako strukturze bardzej demorkatycznej niż współczesna Unia Europejska.

Jak sugerowała Olga Wysocka w otwierającym serię „dziedzictwo” artykule o przenikaniu, dla wzajemnego zrozumienia niezbędne jest „ponowne odkrywanie” wzajemnych relacji, nowe spojrzenie na stereotypy i na historię, nie koniecznie z perspektywy tworzenia właśnej mitologii narodowej i podkreślania różnic, ale szukając podobieństw i tego, co nas i innych, mimo różnic, łączy.

Kultura

W panelu kultra moją uwagę zwrócił artykuł Magdaleny Piwockiej o namiotach spod Wiednia, czyli ruchomych pałace w orientalnym stylu znajdujących się współcześnie w polskiej kolekcji. Zwiedzając pałacyk w Wilanowie, mozna przekonać się, jak wiele symoli i wzorów orientalnych faktycznie przeniknęło do polskiej kutury. Na przenikaniu skupia się także Janusz Smaza, pisząc o architektonicznym synkretyźmie reprezentowanych przez obecność muzułmańskiego minbaru w chrześcijańskich kościołach w Europie. O przemianie Konstantynopolu w Stambuł pisze Joanna Sanetra-Szeliga, a Haluk Dursun zabiera nas w wycieczkę do Pałacu Topkapi, z wyjątkową skrupulatnością opisują kolejne odsłony pałacu Sułtanów: razem z nim przechodzizmy przez pałacowe bramy, podziwiamy ogrody, oglądamy sale i pokoje części Selamlik pałacu sułtanów. To, czego mi tu zabrakło, to choć krótka wycieczka wgłąb Turcji, poza Stambuł, a przecież dla religijnych Polaków Azja Mniejsza to symboliczna kolebka chrześcijaństwa.

Moim faworytem jest praca Michała Jureckiego, skomponowana z krótkich migawek opisujących związki Europy i Turcji. Wśród bogatej kolekcji zdjęć obrazujących kulturowe kolarze i pozostawione w Europie przez Osmanów ślady znajdziemy wiele miejsc z Bałkanów, a nawet z Macedonii. Jak słusznie zauważa Michał Jurecki, współcześni muzułmanie w Europie to muzułmanie tureccy: przez kilkaset lat panowania, Osmanie brali udział w tworzeniu części Europy, w której Islam nie powinien być postrzegany jako obcy i nowy element w kulturze europejskiej (wyobrażonej jako chrześcijańska).

Ciekawym spojrzeniem na kulturę jako coś, co współcześnie tworzymy, jest wywiad z dyrektorem Fundacji Kulturalnej i Artystycznej Suny i Inana Kiraçów, Özalpem Birolem. Czytając o partonach kultury i sztuki jako elitach i liderach wpływających na tworzenie współczesnej kultury nie sposób nie zapytać o faktyczny stan polskiej kultury w Turcji. Obchody 600lecia, organizowane we współpracy polskich i tureckich (lokalnych) jednostek kulturalnych, choć przyciągają uwagę wielu osób, mają formę czasową. Osobiście mam nadzieję, że tegoroczne wystawy, pokazy filmowe, festiwale, i panele zaostrzą turecki apetyt na polskość i zmotywują Polskę do otworzenia w Turcji Polskiego Instytutu Kultury, zachęcając Polaków i Turków nie tylko do zapoznania się z kulturą i do wędrówki po śladach przeszłości, ale do budowania nowych więzi opartych na wzajemnym zainteresowaniu.

Współczesność

Autorzy i Autorki artykułów o współczesnej Turcji starali się przybliżyć polskim czytelnikom zmagania współczesnej Turcji i Turków z własną tożsamością i burzliwymi procesami zachodzącymi w kraju. Karol Bieniek i Hasan Ünal zwracają uwagę na zmianę postrzegania Uni Europejskiej przez Turków, z marzenia o akcesji, do wątpienia w jej korzyści. Zbiór krótkich felietonów „Świeckie czy Święte” to ciekawa próba uchwycenia podobieństw w polskim i tureckim podejściu do religii w kontekście demokracji i tworzenia państwowości. Z kolei ostrożna krytyka partii AKP spod pióra Ayse Cavdar sygnalizuje uważnym czytelnikom, że wzrost gospodarczy, opisywany w kolumnie Janusza Sepioła, niekoniecznie przekłada się na wzrost swobód obywatelskich, a demokracja proponowana przez partię rządzącą jest odbiciem lustrzanym kemalizmu: podczas gdy ten narzucał świeckość, obecny system narzuca wybrany rodzaj religijniości. Z drugiej strony, jak Stanisław Obirek słusznie zauważa, podobieństwo pomiędzy polską i turecką religijnością polega na budowaniu współczesnej relacji z religią jako antytezy wielu lat religijnych zakazów. Porównując komunizm do kemalistycznego laicyzmu, zwraca uwagę na to, że gdzie jest moc, tam jest opór, parafrazując Foulcaulta.

Czytelnikom chcącym zrozumieć rozdarcie wewnętrzne pomiędzy nowoczesnością a tradycją współczesnego Turka szczególnie polecam krótki felieton tureckiegu publicysty Gündüza Vassafa, który śmiało porusza delikatny i drażliwy temat strachu i wstydu: Wstydu przed przyznaniem się do własnej przynależności narodowej obarczonej orientalizmem i współczesnym islamizmem, oraz strachu przed opresją ze strony autorytarnej władzy. „Gdybym był starszy, mógłbym obserwować, jak Stambuł, którego większość mieszkańców na początku ubiegłego wieku stanowili chrześcijanie, zmienia się w miasto zdominowane dziś w dziewięćdziesięciu procentach przez muzułmanów” (217), pisze Vassaf, przypominając nam o tureckiej wewnętrznej różnorodności.

Reasumując

Wydanie poświęcone Turcji to intelektualna podróż dla wymagających Czytelniczek i Czytelników. Z pewnością nie jest to kolejny przeownik turystyczny, ale próba różnorodnych spojrzeń oraz krytyki i analizy różnych zjawisk. Tych, którym Turcja kojarzy się głównie z kebabami i Arabami (?;)), z pewnością zachęci do refleksji i dekonstrukcji stereotypów i historiografii, zasygnalizowanej w nocie od redakcji jako Sienkiewiczowskie okulary. Może także zachęcić do samodzielnego odkrywania tureckich śladów w Polsce, polskich w Turcji, siebie w Oriencie, czy też Orientu w sobie. Zamieszczony przez wydawców program wystaw i imprez o tematyce polskiej dowodzi, że odkrywcami są także Turcy, dla których wyobrażony Zachód i Europa od lat były źródłem inspiracji.

Bystry Czytelnik zauważy, że współczesna Turcja została stworzona po części w Europie, przez ludzi pochodzących z Europy. Dodam od siebie, że wystarczy przyjrzeć się postaci samego Kemala Mustafa Paszy, którego matka była podobno Albanką lub Torbeszką a ojciez etnicznym Turkiem z dzisiejszej Macedonii. Sam Kemal dzieciństwo spędził w Salonikach, a do szkoły uczęszczał min w Bitoli (dzisiejsza Macedonia). Jego wnikliwe spojrzenie nadal przenika Turków, a patrzy na nich ze zdjęć i plakatów oczami w kolorze niebieskim.

——————————————–

Nota końcowa: dziękuję Wydawcom za przesłanie ładnie opakowanego, elegancko wydanego magazynu prosto do mieszkania w Stambule, i poproszenie mnie o recenzję, której napisanie było wolontarystyczną przyjemnością:)

Wybory w Turcji – czas zagłosować!

Przed 12:00 rano skrzynki z głosami oddanymi w moim mikro-okręgu były już prawie pełne. Podobno to wybory o nietypowo wysokiej frekwencji. Podobno wiele osób głosuje w wyborach lokalnych po raz pierwszy, chociaż już dawno ukończyli wymagane 18 lat. Podobno wyniki zostaną ogłoszone przed północą.

Tych, który zagłosowali, nie wyróżnia już dziś naznaczony atramentem palec. Dzisiejszych głosujących przed oddaniem podwójnego głosu powstrzymać ma złożenie podpisu przy swoim imieniu, nazwisku i adresie. Ogromne księgi zbierają obywateli Turcji według miejsca zameldowania, a w odnalezieniu siebie wśród tysiąca innych pomagają numery referencyjne, które można sprawdzić przez internet (Proszę sobie wyobrazić, że przeciętna dzielnica Stambułu liczy tyle, co połowa Warszawy).

W wyborach lokalnych głosuje się na muhtarów, czyli zarządców wsi lub najbliższej okolicy – mahalle (fioletowa koperta), burmistrzów (niebieska koperta) oraz partie polityczne dla poszczególnych prowincji (pomarańczowa koperta). Głos oddaje się poprzez przystawienie stempelka z napisem „EVET” (tak) przy wybranym nazwisku lub partii politycznej.

źródło: internet

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Chociaż przeciętny cudzoziemiec wyróżni dwie, trzy tureckie partie, a zwykły mieszkaniec Turcji potrafi wymienić maksimum dziesięć, na karteczkach do głosowania jest aż 26 różnych ugrupowań politycznych. Próg wyborczy do parlamentu wynosi 10% i jest najwyższym progiem wyborczym wśród europejskich krajów; dla porównania, w Polsce to 5%.