Być kobietą, Polką w Turcji

depositphotos_66554093-stock-photo-a-young-beautiful-woman-wearing
„Piękna młoda kobieta w Polskim tradycyjnym stroju ludowym, z jabłkiem”

Jest takie pytanie, które często słyszę w różnej wersji, i na które nigdy nie umiem odpowiedzieć prosto i jednoznacznie. Brzmi ono mniej więcej tak: jak ci się mieszka w Turcji? I kiedy proszę o doprecyzowanie, co konkretnie interesuje moją rozmówczynię bądź rozmówcę, mając nadzieję usłyszeć coś o kulturze, pracy, jedzeniu, bądź rozrywce, pytanie rozwija się w: jak ci się mieszka w Turcji jako kobiecie/Polce?

W tym pozornie zwyczajnym pytaniu kryją się sugestie i domysły: że kobiecie, i że Polce. Nie potrafię na nie odpowiedzieć nie zastanawiając się nad tym, co to znaczy być Polką, i jakie ma znaczenie moja narodowość i płeć dla codzienności życia w Turcji, i dlaczego jestem pytana akurat o narodowość lub, znacznie częściej, o płeć. Pytanie “jako kobiecie” może być wyrazem troski wynikającej ze świadomości, że niestety nie jest łatwo kobietom odnaleźć się i poruszać bezpiecznie i swobodnie w wielu miejscach na świecie. Ale czy podobne pytanie zadaje się migrantce mieszkającej w Anglii lub we Francji? Czy i kiedy mężczyzn pyta się o jakość życia „jako mężczyzny?” Czy bycie Polką jest tak samo identyfikowalne i istotne w Stambule jak w Londynie?

Wychodzę z założenia, że pytamy zazwyczaj o to, co dla nas samych jest ważne lub wydaje się być takie dla innych. Podobnie jest z ocenami i kategoryzacjami, których dokonujemy posługując się dostępnymi informacjami i posiadaną wiedzą. Nasze pytania i opinie mówią więc o nas samych: o tym, co jest dla nas ważne, jakie mamy wyobrażenia i wiedzę o sobie i o świecie lub jaki system wartości wyznajemy. W tym wypadku dwie kategorie: narodowość i płeć, pojawiają sa jako ważne dla kobiety mieszkającej w Turcji. Istotne dla niej samej lub dla osób, wśród których przebywa.

„Jako kobiecie”

Poza zwykłą ciekawością za pytaniem o to, jak mieszka się kobiecie w Turcji, często kryje się przekonanie, że kobietom w Turcji nie wiedzie się najlepiej.  Czytaj dalej „Być kobietą, Polką w Turcji”

Reklamy

Z powrotem w Azji!

 

imagePo kilkumiesięcznej przerwie jestem znowu w Stambule. I chociaż – pielęgnując stereotypy o Polakach – narzekałam czasami na Stambuł, po bardzo szybkiej aklimatyzacji na prawdę odetchnęłam. Może dlatego, że
ominęła mnie stambulska zima, lub dlatego, że poprzednie miesiące w większości spędziłam w pięknym i ‚kulturalnym’ – ale jednak ‚zimnym’ – Londynie. W Stambule poczułam się najzwyczajniej w świecie swojsko, i zdałam sobie sprawę, że przecież na tę ‚swojskość’ pracowałam przez kilka ostatnich lat, pokonując jedną po drugiej bariery wynikające z różnic językowych, kulturowych, i z innych standardów codziennego życia. Co ciężko przychodzi, być może bardziej się ceni: indywidualny, zakorzeniony w matczynym mleku miękki masochizm. Albo, po prostu, to miasto da się lubić;)

Przez większość czasu mieszkam w akademiku. Namiętnie piszę doktorat, a prawie wyludniony o tej porze roku żeński akademik zapewnia mi to, czego najbardziej w tej chwili potrzebuję – bibliotekę i spokój. Ten ostatni jest jedynie czasami przerywany w dość zabawny sposób: zdarza się, że wieczorną lub nocną ciszę przerwie dźwięk akademikowego telefonu. Podnoszę słuchawkę: halo? halo. kto tam? ja. a do kogo dzwonisz? do ciebie. Innym razem z kolei: halo? cześć, czy możesz mi powiedzieć, jaka jest pogoda? bo podobno padało, i nie wiem, czy już przestało. Moje okno nie wychodzi na zewnątrz. To studenci z męskiego akademika, którzy dzwonią do losowo wybranych pokoi, z nudów, lub w nadziei na nową znajomość. Całkiem zabawne, o ile nie zdarza się w środku nocy, i o ile nie powtarza się co pięć minut.

Godziny oderwania się od pisania pracy spędzam głównie na eksplorowaniu najbliższej okolicy. Jak każda inna część tego miasta, ta również jest pełna kontrastów. W porównaniu z najbliższą okolicą, kampus jest jak inny, nowoczesny świat, gdzie studenci i studentki przechadzają się w szortach, a życie codzienne nie opiera się na domowych obowiązkach. Zaraz za bramą uczelni, tam gdzie w piątki usadawia się malutki bazar, sąsiadują ze sobą nowoczesne apartamenty ‚Merkury’ i ‚Venus’, których schody pokrywa czerwony dywan, oraz prawdziwe ‚gecekondu‚(postawione w nocy): niechlujne kamienice o dziwacznej budowie, przed którymi suszy sie owcza wełna, a z balkonów zwiesza się pranie. Wielu sprzedawców i klienteli bazaru to migranci ze wschodniej Turcji; nie rozumiem większości ich rozmów, które rozbrzmiewają w niezrozumiałych dla mnie dialektach lub językach.image

image

Po drugiej stronie dużej, ruchliwej ulicy, z której wjeżdża się na uczelnię, jedna obok drugiej biegną w dół wąskie uliczki, którymi schodzi się po pobliskiej dzielnicy Kayisdagi, typowej miejskiej wsi. Na sznurkach rozwieszonych na lub pomiędzy balkonami i oknami suszy się pranie. Kobiety w chustkach na głowie i w szarawarach zamiatają ulicę, myją okna, plotkują przed domami. Na ulicach bawią się dzieci, grając w piłkę i tocząc wojny bronią z kawałków styropianu. Na głównej ulicy kilka sklepów z tanim-wszystkim: drobne sprzęty, naczynia, kosmetyki, zabawki, ubrania, wieszaki. Obok tanie supermarkety z niewielkim – jak dla mnie – wyborem produktów, ale za to z niskimi cenami: ryż, olej, cukier, fasola, soczwica, podstawowy nabiał, słodycze. Do akademikowego pokoju kupiłam elektryczną cezve – rondelek, w którym zaparzam sobie kawę po turecku, łamiąc tym samym zasady regulaminu, wg. którego nie wolno w pokojach mieć żadnych sprzętów poza komputerem i zamontowaną na stałe w łazience suszarką. Brak kuchni to jeden z niewielu minusów mojego akademika. ‚Życie studentów jest takie trudne i ciężkie’, skomentowała sympatyczna, starsza pani, od której kupowałam wieszaki do imageakademikowej szafy. Çok zor.

 

Kilkadziesiąt minut wyprawy na południowy zachód, i już jestem na wybrzeżu, w Caddebostan, lub nawet dalej w samym sercu Kadikoy. Podczas ostatniej wieczornej wycieczki przełamałam swoje uprzedzenia do Bagdat Caddesi – już nie pamiętam dokładnie, skąd się wzięły, ale wiązały się w jakiś sposób z odpowiedzią na pytanie-powiedzenie: gdzie w Stambule mogą się zderzyć dwa Ferrari? Rzecz jasna, na Bagdat Caddesi. Przez różne zasłyszane zdania o tym, że to taka ‚posh-ulica’, po której zepsuta turecka młodzież rozbija się ultradrogimi samochodami rodziców, wydawało mi się, że nie mam czego szukać w tej okolicy. Jak w przypadku większości stereotypów i miejskich legend, powyższa również okazała się mocno przesadzona. Faktycznie, Ulica Bagdadzka jest jedną z bardziej nowoczesnych ulic w Stambule, jednak jej słynne zepsucie nie ma nic wspólnego z wyobrażeniami o zderzających się ferrari. Wieczorami, skrawki zieleni wzdłuż brzegu morza zamieniają się w nadwiślański brzeg: dziesiątki młodzieży na kocach, ktoś gra na gitarze, ktoś inny przyjechał na rowerze, kilka osób gra w piłkę. Jest alkohol, ale kulturalnie, bez pijaństwa. Uliczki pełne kawiarni, restauracji i pubów, wypełnione ludźmi w różnym wieku, różnych profesji. W wielu okolicznych kawiarniach wydzielone są przestrzenie dla studentów: przy stolikach siedzą ludzie i ich laptopy, książki, notatki. Bardziej niż krótka sukienka, przchodniów zaszokowałaby burqa. Na ławkach, w kawiarniach, na trawnikach, ludzie czytują książki, a widok człowieka z książką nie jest zaskakującym wyjątkiem, tak jak w mniej ‚nowoczesnych’ częściach Stambułu (o ile lekturą nie jest gazeta lub Koran).

Z dnia na dzień robi sie coraz goręcej. Zaopatrzyłam się już w krem z filtrem 45, i w cienką bluzę z długim rękawem. O ile lubię ciepło, dotyk tutejszego słońca na skórze czasami mnie parzy. Wieczory są nadal dosyć chłodne, i zdarza się, że amplituda temparatur w ciągu doby osiąga dziesięć stopni, a ludzie rozmawiają o zmianach klimatyczych i komentuja ‚dziwną pogodę’.

Bez względu na przynależność mieszkańców, wszystkie ulice w mieście upstrzone są przedwyborczymi hasłami. Tony kolorowych tkanin z logotypami partii politycznych. Tysiące metrów papieru zużytego na bilbordy, plakaty i ulotki. Samochody i autobusy z wizerunkami najpopularniejszych polityków skutecznie przedzierają się przez miejski gwar. Za moim oknem słyszę jedynie ćwierkanie ptaków, szczekanie psów i rozmowy studentek lub sprzątaczek. Przez większość ostatnich dni skutecznie izoluję się w akademikowym pokoju. Czasami odkrywam Stambuł na nowo, kiedy jadę w nieznane dotąd miejsce, lub kiedy zamieniam się w przewodnika podróżnych, którzy każdemu miejscu nadają nowy, indywidualny koloryt i dźwięk.
image

Konstantynopolitańczykowianeczka

Czy już nią jestem? Mieszkanką (ex)Konstantynopola, czy może nadal tylko zasiedziałą podróżną, obcą, migrantką?

Co robisz w Stambule? Jak długo tutaj jesteś? Dlaczgo przyjechałaś? Czy podoba ci się Turcja?

To zestaw pytań dla obcych, dla turystów, na które po pewnym czasie nikt z dłużej mieszkających gdziekolwiek nie ma siły odpowiadać z entuzjazmem.

Ale nie oszukujmy się, w Stambule większość osób jest niestąd.  Co drugi/a, a może nawet dwoje na troje mieszkańców tego miasta ma do opowiedzenia historię swojego przyjazdu: na studia, do pracy, z rodziną. Większość autoprezentacji wygląda mniej więcej tak: tak, jestem stąd, to znaczy tu mieszkam, ale orginalnie jestem z (Izmiru, Trabzonu, Edirne, Adany, itp).  I nie przeszkadza to wcale w tym, żeby mówić o sobie Istanbullu (Stambulczyk/Stambulczanka).

Jak zauważa Buket Uzener w powieści pod tymże tytułem, Istanbul-lu niekoniecznie oznacza miejsce urodzenia czy zamieszkania, ale pewien specyficzny status, pozycję w systemie społeczno-klasowym, prestiż.  Stambulczykiem można się stać, można też być bardziej lub mniej, i w rzeczywistości chyba najbardziej przejmują się tym ci, którzy urodzili się najdalej stąd. Jeden z bohaterów wspomnianej książki, młody barman, rozmyśla o swoim skrytym marzeniu: żeby w końcu być Istanbullu. Chociaż tak jak śnił, przeprowadził się tutaj ze swojej rodzinnej wsi, okazuje się, że mieszkanie w wynajmowanej klitce  w ubogiej dzielnicy nie wystarcza, żeby czuł się Stambulczykiem na prawdę. Z beznadziejną tęsknotą rozmyśla o Bebek, Nisantasi – jednych z najbogatszych dzielnic stambulskiej metropolii i jest gotów dosłownie odjąć sobie od ust za cenę przeprowadzki do lepszej dzielnicy, gdzie mógły uczestniczyć w życiu Stambułu. Jego bycie jest zawsze kontestualne: Choć dla „swoich” z rodzinnych stron jest Stambulczykiem, dla tych z Bebek jest ledwo zauważalnym jedym z: przyjezdnych, migrantów ze wsi, ubogich, barmanów.

Istanbullu to także pewne praktyki, związane najczęściej z uczestniczeniem w wyobrażonym życiu lepszych sferw bywaniu, w stroju, w zachowaniu. Czytaj dalej „Konstantynopolitańczykowianeczka”

Masss mavı, te uroczne oczy

Faktycznie zaczyna się robić zimno; podobno powinnam mówić „świeżo” (serin), bo zimno dopiero przyjdzie, ale kiedy wieje wpełzający we wszystkie zakamarki  zachodni Lodos lub silny mroźny polarny Yıldız, nikt mnie nie przekona, że powinnam się cieszyć, bo przecież w Polsce jest zimniej. Nie cieszy mnie nieszczęście innych;) W Stambule temperatura rzadko spada poniżej zera, ale potrafi wiać z prędkością pokonującą wszelkie uszczelki w oknach i drzwiach, płaszcze, szaliki, czapki itd.  Poza tym pada; w sezonach deszczowych leje kilka razy w tygodniu, i często zima to takie rozpapciane, przemoczone, wietrzne +1.

W tym roku postanowiłam zainwestować w długie, nieprzemakalne obuwie, niekoniecznie kalosze, wybrałam się więc na rajd po sklepach. Kiedy wychodziłam z jednego ze sklepów – bodajże Beta – na korytarzu w outlet center 212 podbiegła do mnie młoda dziewczyna: Excuse me! Szybki przegląd, czy czegoś nie zostawiłam/niechcący nie wyniosłam, itp; „Your eyes are so beautifull!” powiedziała, i poszła. Thank you, so much, wymemrałam, ale zatkało mnie. Od razu przebudziła się we mnie konfabulacja: o co właściwie chodziło? Czy to jakieś tajne hasło w stylu „o której pociąg do Lublina”? Rzuciła na mnie urok?? „Musimy ci kupić nazar bondżu” – Czytaj dalej „Masss mavı, te uroczne oczy”

Miesiąc miodowy, szok kulturowy: kręta ścieżka do dwukulturowości

Wypełnia mnie niechęć do tych zwykłych ludzi, którzy nie są w stanie znaleźć nawet odrobiny poezji w tym, co napełnia mnie wielką radością.*

To nie moje słowa, choć przyznam, że bywa, że czuję podobnie. I nie chodzi tu bynajmniej o umiłowanie poezji, ale o “znalezienie wspólnego języka”, podobny światopogląd – to, o czym zazwyczaj marzą migranci. Bronisław Malinowski, którego tu zacytowałam, był w sytuacji wyjątkowo trudnej: przez prawie trzy lata mieszkania „wśród dzikich” na Trobriandach nie miał komórki i internetu, a jedyną przestrzenią ekspresji były listy i pamiętnik, wydany po śmierci jako Dzienniki Malinowskiego (skąd pochodzi cytat).

Malinowski był etnografem a badania na Trobriandach prowadził dla London School of Economics. Jednak choć był uznanym badaczem, na prawdę sławny stał się dopiero po śmierci, po publikacji wspomnianych pamietników. To moment przełomowy w antropologii, bo nie można już więcej udawać, że etnograf w terenie dokonuje obiektywnych obserwacji sam/a pozostając niewzruszony/a i nietknięty/a, profesjonalny/a i… nieludzki/a. Malinowski na poboczu wnikliwych, bezstronnie brzmiących opisów kultury „dzikich” przelewał na papier wszystko, co boli i swędzi: tęsknotę, niewygodę, niezrozumenie, antypatię , zmęczenie, choroby. Ciekawe jest, że bardzo dużo w tych opisach fizlojogii – tego „najniższego” szczebla z piramidy potrzeb. W pamiętniku czytamy o biegunkach, lewatywach, gorączce, niestrawnościach, gorącu, bólu…  oto człowiek, słynny badacz bez maski, który znalazł się w miejscu, gdzie poza kilkorgiem „cywilizowanych” znajomych mógł jedynie usiłować zrozumieć innych (nie znał nawet języka) dla których na pewno był i dziwny, i obcy.

Choć Istanbul to nie wyspy a ja nie mieszkam w szałasie, podobnie jak z Bronisława,wychodzi ze mnie, no właśnie: Europocentryzm, czy może po prostu różnica kulturowa – jakkolwiek tu kulturę rozumieć? Czytaj dalej „Miesiąc miodowy, szok kulturowy: kręta ścieżka do dwukulturowości”

Formalności związane z pobytem w Turcji, czyli jak zbadać granice swojej cierpliwości

„Formalności” odstraszają samym brzmieniem; słusznie kojarzą się z dugotrwałą męczarnią, niemocą, koniecznością współpracy z różnymi poziomami inteligencji, kolekcjonowaniem pieczątek, podpisów, i bankructwem. 12 Prac Asteriksa to przy tym pestka, jeśli chce się studiować w Turcji nie będąc Erazmusem ani uczestnikiem jakiegokolwiek w miarę ogarniętego programu.

Wiara, że program stypendialny w jakikolwiek sposób pomoże mi w sprawach formalnych, okazała się złudzeniem. Pomimo magicznej pieczątki stupendium rządowego TUBITAK musiałam wszystkie kroki pokonać samodzielnie, natrafiając na różnego rodzaju pułapki, zmyłki, zagadki i absurdy, które z perspektywy antropologicznej byłyby ciekawą pożywką, gdyby nie dotyczyły bezpośrednio mnie:) Tyle tytułem wtępu.

Czytaj dalej „Formalności związane z pobytem w Turcji, czyli jak zbadać granice swojej cierpliwości”

O tym, jak chciałam zostać gwiazdą w haremie:]

Nie mam zbyt wielu przygód w Turcji; wiodę tu raczej spokojne i zdrowe życie, a „szaleję” w Macedonii. Jednak nawet tutaj zdarza mi się czasami robić głupie rzeczy. Dziś w tv zaczyna się trzeci sezon mydlanego niby-historycznego (a de facto histerycznego) tasiemca „Mühteşem Yüzyıl” (Wspaniały Wiek) i z tej okazji przypomniałam sobie, jak to jakiś czas temu zamarzyła mi się kariera gwiazdy tureckich seriali:P

A było to tak: sesja, jak wiadomo, to czas wyjątkowo kreatywny, kiedy myśli się o wszystkim innym tylko nie o tym, o czym trzeba. I właśnie podczas sesji, kiedy przy herbacie gadałam ze znajomymi o niczym, ktoś rzucił hasło, że zamiast farbować Turczynki, do scen w haremie powinni zatrudniać Słowianki. We wspomnianym serialu główna postać kobieca to słynna Roksolana, grana przez Turczynkę z Niemiec, której średnio wychodzi akcent rosyjski. No a przecież, ja bym się idealnie nadawała do odgrywania ról w haremie! Ten akcent, kolor skóry i oczu, i, rzecz jasna, praktyka;) Że od słów do czynów czasem krótka droga, natychmiast wrzuciłam w google zbiory słów: casting, istanbul, film itp i rozpoczęłam wysyłania zgłoszeń. Bawiłam się świetnie, wpisując w „umiejętności” jazdę konno i traktorem i zamieszczając wmiarę wyważone fotografie. Po kilku godzinach byłam już pewna, że granie w serialu było by dla mnie wspaniałą antropologiczną przygodą, a w dodatku okazją do podszkolenia Tureckiego, poznania jakichś ludzi, no i być może zarobienia dodatkowej kasy. Słowem, pomysł idealny! Czytaj dalej „O tym, jak chciałam zostać gwiazdą w haremie:]”

Są takie chwile gdy… o Kirathane

Kryzys, moment, w którym wszystko urasta do niewyobrażalnych rozmiarów i nabiera ogromnej mocy. Chwila, kiedy mówię: dość, już nie mogę, i wszystko krzyczy żeby uciekać jak najdalej stąd. No właśnie, tylko dokąd? I czy migracja „byle dalej” faktycznie coś polepszy na dłużej niż trwa chwila zachwytu samą podróżą?

Akulturacja, inkulturacja, asymilacja. Zatapianie się w teren badań, przyswajanie lokalnych kodów komunikacji i norm zachowań – to czasem na prawdę boli. Najtrudniejsze jest, jeśli przyjdzie ci się zadamiawiac w miejscu, w którym powszechnie wyznawane wzorce nie tyle się różnią, co niemal są sprzeczne z twoimi i odwraca taki porządek świata, w którym czułabym się komfortowo.

Na przykład Kirathane. Staram się udawać, że ich nie widzę – bezskutecznie, gdyż same na mnie patrzą. Pod samymi oknami mam jedną wielką (i dwie kolejne zaraz na przeciwko), i za każdym razem gdy wychodzę z domu, Kirathane się na mnie gapi. Czytaj dalej „Są takie chwile gdy… o Kirathane”

Wiosna! Sezon rowerowy w Stambule czas zacząć. O podróżach Z rowerem

Piwnica to nie jest dobre miejsce dla roweru (dla kogo jest;)) a stał tam już ponad rok, czekając aż uda mi się wykombinować jak w miarę tanio i sprawnie zabrać go do Turcji. Podczas kilku pobytów w Polsce przymierzałam się do różnych rozwiązań. Nie zdecydowałam się na zabranie go z LOT-em, gdzie koszty przewozu to 50 + 50 = 100 euro. Pytałam także w Airbaltic, gdzie cena jest znośna, ale za to lot z przesiadką i a nie na wszystkich połączeniach zabierają rower. Próbowałam też metodą kombinowaną: niech któś wyśle mi rower do Skopje, stamtąd go odbiorę autokarem. Niestety zawsze okazywało się, że albo czegoś brak (pieniędzy, determinacji, natchnienia), albo coś nie jest możliwe (brak miejsc w autokarze na wybrane daty, brak synchronizacji czaso-przestrzennej). Że jechać na rowerze to jednak trochę za daleko, więc czekał i czekał.

Kiedy kupowałam w styczniu tani lot na trasie Sofia-Warszawa (zapłaciłam jedynie 80 kilka euro), biletu w jedną tylko stronę nie kupiłam jedyie dlatego, że różnica w cenie byłaby niewielka a nie byłam do końca przekonana o możliwości powrotu lądem. Będąc już w W-wie podjęłam rozpoczęte w czerwcu zeszłego roku próby namierzenia tajemnczego autokaru, który kursuje regularnie – acz nieco tajnie;) – na trasie Warszawa-Stambuł. Śledztwo w czerwcu pozwoliło dowiedzieć się, że firma której strona internetowa informuje o autokarze już nie działa, ale dostałam numer komórkowy kierowcy, który podobno jeździ. Zaraz po przyjeździe do Polski zaczęłam znów interesować się tematem. Autokar-widmo, bowiem strony internetowej brak, oficjalnego opublikowanego po polsku rozkładu brak, informacji na dworcu brak, a bilety (o ile nie kupuje się u kierowcy w dwie strony) ne istnieją w ogóle. Czytaj dalej „Wiosna! Sezon rowerowy w Stambule czas zacząć. O podróżach Z rowerem”