Eksport Sułtana i wewnętrzny ład: o co tyle szumu wokół Muhteşem Yüzyıl

muhtesem_yuzyilOd jakiegoś czasu nie oglądam Muhteşem Yüzyil (Wspaniały Wiek). W pewnym momencie poczułam, że wszystkie powody, dla których wcześniej to robiłam (ciekawość zwykła i antropologiczna, nauka tureckiego, nuda), przestały być wystarczające i że więcej już nie przyjmę. W tak zwanym międzyczacie widziałam jedynie scenę śmierci Ibrahima, i wiem, że w końcu umarł – znajomy zawołał mnie specjalnie po to, żebym zobaczyła (Anna, Pargali oldu!).

Ciekawość antropologiczną mogę zaspokajać bez konieczności śledzenia pałacowych intryg, a warto. Bo serial, choć jest tasiemcem, to nie byle jakim, gdyż opowiada o życiu (prywatnym) Sulejmana Wspaniałego i od początku wzbudza silne i skrajne emocje, zarówno w Turcji, jak i w pozostałych krajach, które jeden po drugim podbija. Czytaj dalej „Eksport Sułtana i wewnętrzny ład: o co tyle szumu wokół Muhteşem Yüzyıl”

Reklamy

Wszystko dla Rumelii!

  17 listopada wybrałam się na Trzecie Duże Spotkanie Bałkańskiej Rumelii (3 Büyük Rumeli Balkan Buluşması), imprezę zorganizowaną przez Rumeli Balkan Dernekleri Federasyonu, czyli Federację Stowarzyszeń Bałkańskiej Rumelii. Wstęp na koncert był bezpłatny, a sponsorem medialnym była telewizja TRT – Turk Rumeli Televizyonu – którą można w Turcji oglądać na kanale 126 (przynajmniej ja tak ją łapię). Na imprezę zaproszono przedstawicieli kilkudziesięciu (ja naliczyłam 66) stowarzyszeń Rumelijskich, głównie z Turcji, przeważnie ze Stambułu, ale „Rumelijczycy” mieszkają też w Belgii, Bułgarii, Kosovie, Rumunii, Grecji i Macedonii – skąd przyjechali przedstawiciele stowarzyszeń. Głównymi gwiazdami byli artyści: Lindita Hakaj z Kosova i Enes Begovic z Bośni, na scenie pojawiały się grupy folkowe z różnych krajów Bałkańskich, a telebim za sceną pokazywał film dokumentalne, na którym pomiędzy nagraniami z drogi można było odwiedzić Sarajevo, Dubrovnik, Ochryd lub Skopje. Na imprezę zaproszono także przedstawicieli partii politycznych: AKP, CHP i MHP, którzy co jakiś czas przynudzali przemowami w większości składającymi się z powitań, podziękowań, pozdrownień i życzeń, trwającymi po kilka(naście)minut.

Koncert zorganizowano na stadionie Sinan Erdem w Atakoy, i kiedy przyszłam na rozpoczęcie o 19:00, trybuny były już w większości zapełnione. Przed stadionem kupiłam sobie specjalnie na tę okazję pewnie wyprodukowany szaliczek z napisem „Herşey Rumeli için” – wszystko dla Rumelii.

O co chodzi z tą Rumelią? Czytaj dalej „Wszystko dla Rumelii!”

hosz geldiniz (witam) i szczypta antropologicznych refleksji

Mieszkam w Turcji już prawie rok. Kilka razy usiłowałam opisywać swoje doświadczenia i obserwacje w postaci bloga, lecz porzucałam tę ideę po każdym nieudanym wpisie. Przez kilka lat pisałam wyłącznie o Macedonii, i ciężko było mi nagle zmienić kierunek bez poczucia „zdradzania”; jednocześnie czułam, że próby połączeń tych dwóch doświadczeń w jednen blog zaowocują sztucznym byciem w pomiędzy-nigdzie.

Rok spędzony w określonym miejscu odpowiada czasowi wymaganemu na przeprowadzenie badań terenowych – przynajmniej trzymając się tradycji dłogoterminowych badań antropologicznych. Czy to wystarczający czas, czy może zbyt krótko, czy wręcz za długo? Po doświadczeniach w Macedonii i Turcji, i kilku innych różnoczasowych „być” w innych miejscach nie potrafię odpowiedzieć inaczej niż że wszystko zależy od kontekstu. Pytając „czy wystarczy”, nie mam na myśli uczucia „nasycenia” się daną kulturą, miejscem, przestrzenią (Macedonia zawsze zostawia mi niedosyt;)), ale odpowiednie zatopienie się w kulturze, „kulturową zażyłość”, umiejętność poruszania się w lokalnych dyskursach tak, by rozumieć – choć więcej niż trochę – znaki, symbole, słowa, zdarzenia…

Podczas gdy po roku regularnych wyjazdów do Macedonii potrafiłam już swobodnie porozumiewać się po Macedońsku, a niedługo potem mogłam bez większego trudu studiować w Skopje, po rocznym mieszkaniu w Stambule umiem zrobić zakupy na bazarze, porozmawiać o pogodzie, piłce nożnej i samopoczuciu. Mimo że nawet oglądam tv i usiłuję czytać gazety, czuję niedosyt rozumienia i jednak nadal dryfuję po powierzchni. Szok kulturowy w Turcji nie opuszczał mnie przez kilka pierwszych miesięcy – pewnie też dlatego, że mieszkam w dzielnicy, gdzie postać „yabanci” (cudzoziemiec, obcy) jaskrawo odróżnia się od otoczenia. Kiedy jadę do Kadikoy, gdzie najczęściej zamieszkują studenci Erazmusa i przyjezdni czuję się tak, jakbym nagle przyjeżdżała ze wsi do miasta. Gdybym miała prowadzić badania jedynie w Turcji, wartościowy temat, który wykraczałby poza „Kurdowie a Turcy”, byłabym w stanie sformułować dopiero po kilku miesiącach, ciężko byłoby to zrobić nawet po kilku krótkich wizytach. Nie umniejszam absolutnie ważności tematu Kurdów, jednak tzw. „lokalne praktyki codzienne” to wielokolorowy wachlarz znaczeń którego odcienie można zacząć rozróżniać dopiero gdy umiejętność patrzenia przekonwertuje się z „polskiego” na – choć trochę – „tutejsze”.