Kuchnia Migrantki: Jak upiec chleb na zakwasie

 

20160522_221729

 

 

 

 

 

 

 

„Wiecznie tak samo jeszcze jak za czasów Piasta,
Po łokcie umączone ręce dzierżąc w dzieży,
Zakwasem zaczyniony chleb ugniata świeży
Przejęta swym odwiecznym obrządkiem niewiasta.”*

Od początku przeprowadzki do Turcji tęskniłam za żytnim razowym chlebem. Sporządzenie własnego zakwasu wydawało mi się alchemią zbyt skomplikowaną, wymagającą magicznych umiejętności i tajemnej wiedzy. Pierwsza próba wypieku zakończyła się przypominającym zeschniętą glinę fiaskiem, utwierdziwszy mnie na ponad rok w powyższym przekonaniu.

Tym razem podeszłam do tematu chleba z innym nastawieniem: większą pokorą, czułością i cierpliwością. Przeczytawszy to i owo w Internecie oraz w książce o kuchni makrobiotycznej, zaczyniłam mój pierwszy zakwas.

Do upieczenia pierwszego chleba potrzebne są: mąka, woda, ciepło i czas. Każdy z tych składników jest tak samo ważny jak pozostałe: Czytaj dalej „Kuchnia Migrantki: Jak upiec chleb na zakwasie”

Konstantynopolitańczykowianeczka

Czy już nią jestem? Mieszkanką (ex)Konstantynopola, czy może nadal tylko zasiedziałą podróżną, obcą, migrantką?

Co robisz w Stambule? Jak długo tutaj jesteś? Dlaczgo przyjechałaś? Czy podoba ci się Turcja?

To zestaw pytań dla obcych, dla turystów, na które po pewnym czasie nikt z dłużej mieszkających gdziekolwiek nie ma siły odpowiadać z entuzjazmem.

Ale nie oszukujmy się, w Stambule większość osób jest niestąd.  Co drugi/a, a może nawet dwoje na troje mieszkańców tego miasta ma do opowiedzenia historię swojego przyjazdu: na studia, do pracy, z rodziną. Większość autoprezentacji wygląda mniej więcej tak: tak, jestem stąd, to znaczy tu mieszkam, ale orginalnie jestem z (Izmiru, Trabzonu, Edirne, Adany, itp).  I nie przeszkadza to wcale w tym, żeby mówić o sobie Istanbullu (Stambulczyk/Stambulczanka).

Jak zauważa Buket Uzener w powieści pod tymże tytułem, Istanbul-lu niekoniecznie oznacza miejsce urodzenia czy zamieszkania, ale pewien specyficzny status, pozycję w systemie społeczno-klasowym, prestiż.  Stambulczykiem można się stać, można też być bardziej lub mniej, i w rzeczywistości chyba najbardziej przejmują się tym ci, którzy urodzili się najdalej stąd. Jeden z bohaterów wspomnianej książki, młody barman, rozmyśla o swoim skrytym marzeniu: żeby w końcu być Istanbullu. Chociaż tak jak śnił, przeprowadził się tutaj ze swojej rodzinnej wsi, okazuje się, że mieszkanie w wynajmowanej klitce  w ubogiej dzielnicy nie wystarcza, żeby czuł się Stambulczykiem na prawdę. Z beznadziejną tęsknotą rozmyśla o Bebek, Nisantasi – jednych z najbogatszych dzielnic stambulskiej metropolii i jest gotów dosłownie odjąć sobie od ust za cenę przeprowadzki do lepszej dzielnicy, gdzie mógły uczestniczyć w życiu Stambułu. Jego bycie jest zawsze kontestualne: Choć dla „swoich” z rodzinnych stron jest Stambulczykiem, dla tych z Bebek jest ledwo zauważalnym jedym z: przyjezdnych, migrantów ze wsi, ubogich, barmanów.

Istanbullu to także pewne praktyki, związane najczęściej z uczestniczeniem w wyobrażonym życiu lepszych sferw bywaniu, w stroju, w zachowaniu. Czytaj dalej „Konstantynopolitańczykowianeczka”

Miesiąc miodowy, szok kulturowy: kręta ścieżka do dwukulturowości

Wypełnia mnie niechęć do tych zwykłych ludzi, którzy nie są w stanie znaleźć nawet odrobiny poezji w tym, co napełnia mnie wielką radością.*

To nie moje słowa, choć przyznam, że bywa, że czuję podobnie. I nie chodzi tu bynajmniej o umiłowanie poezji, ale o “znalezienie wspólnego języka”, podobny światopogląd – to, o czym zazwyczaj marzą migranci. Bronisław Malinowski, którego tu zacytowałam, był w sytuacji wyjątkowo trudnej: przez prawie trzy lata mieszkania „wśród dzikich” na Trobriandach nie miał komórki i internetu, a jedyną przestrzenią ekspresji były listy i pamiętnik, wydany po śmierci jako Dzienniki Malinowskiego (skąd pochodzi cytat).

Malinowski był etnografem a badania na Trobriandach prowadził dla London School of Economics. Jednak choć był uznanym badaczem, na prawdę sławny stał się dopiero po śmierci, po publikacji wspomnianych pamietników. To moment przełomowy w antropologii, bo nie można już więcej udawać, że etnograf w terenie dokonuje obiektywnych obserwacji sam/a pozostając niewzruszony/a i nietknięty/a, profesjonalny/a i… nieludzki/a. Malinowski na poboczu wnikliwych, bezstronnie brzmiących opisów kultury „dzikich” przelewał na papier wszystko, co boli i swędzi: tęsknotę, niewygodę, niezrozumenie, antypatię , zmęczenie, choroby. Ciekawe jest, że bardzo dużo w tych opisach fizlojogii – tego „najniższego” szczebla z piramidy potrzeb. W pamiętniku czytamy o biegunkach, lewatywach, gorączce, niestrawnościach, gorącu, bólu…  oto człowiek, słynny badacz bez maski, który znalazł się w miejscu, gdzie poza kilkorgiem „cywilizowanych” znajomych mógł jedynie usiłować zrozumieć innych (nie znał nawet języka) dla których na pewno był i dziwny, i obcy.

Choć Istanbul to nie wyspy a ja nie mieszkam w szałasie, podobnie jak z Bronisława,wychodzi ze mnie, no właśnie: Europocentryzm, czy może po prostu różnica kulturowa – jakkolwiek tu kulturę rozumieć? Czytaj dalej „Miesiąc miodowy, szok kulturowy: kręta ścieżka do dwukulturowości”