Różowe Metobusy

Jakiś miesiąc temu jedna z partii politycznych zwana skądindad Partią Szczęścia (Saadet Partisi) wpadła na genialny pomysł wprowadzenia w Stambule nowych, specjalnych, różowych metrobusów. Wyjątkowych nie tylko barwą ale też przeznaczeniem: metrobusy tylko dla kobiet. Tłumaczą to w ten sposób: w zwykłych metrobusach kobieta w ciąży czasem musi stać; w tłoku i ścisku zdażają się niemoralne sytuacje uwłaczające godności kobiet. Po co wprowadzać kampanie społeczne, po co edukować mężczyzn i kobiety? Lepiej wprowadzić oddzielny metrobus. Wtedy od razu będzie jasne, które to są te porządne, a które same się proszą o macanie w tłoku. Bo jak nie wsiadła do różowego busa, to tutaj czego szuka? Intencje ludzie bywają nieodgadnione – a tu proszę, od razu wszystko jasne. A jak chcą sobie nadal „molestować” w normalnych metrobusach, to nas (rządzących) już nie obchodzi, bo przecież zrobiliśmy bezpieczne różowe.

Tureckie TV

Turecka telewizja idealnie wpisuje się w zadania wynikające z konstytucji: oto Turcja jest krajem nacji Tureckiej: mieszkają w niej Turcy posługujący oczywistym językiem Tureckim. I tak oto w telewizji tureckiej większość filmów zagraniczych skutecznie uniemożliwia chociaż podłapanie obcojęzycznych zwrotów. Tu nawet Robert De Niro płynnie śmiga po Turecku po niewielkiej mutacji głosu. O napisach lub tłumaczeniu symultanicznym – zapomnij. Pojawiają się, chociaż rzadko, w zagranicznych serialach na niektóych programach. Nie twierdzę, że polska wersja filmów w której taksamobrzmiący od filmu do filmu głos czytający po polsku nawet ahy i ohy jest rzwiązaniem lepszym czy idealnym – ale mimo wszystko wszechobecne dubbingi działają mi na nerwy. Także dlatego, że najczęściej są po prostu  kiepskie, nawet z najlepszego filmu robiąc brzmienie tureckiej telenoweli.

Czytaj dalej „Tureckie TV”

Wiosna! Sezon rowerowy w Stambule czas zacząć. O podróżach Z rowerem

Piwnica to nie jest dobre miejsce dla roweru (dla kogo jest;)) a stał tam już ponad rok, czekając aż uda mi się wykombinować jak w miarę tanio i sprawnie zabrać go do Turcji. Podczas kilku pobytów w Polsce przymierzałam się do różnych rozwiązań. Nie zdecydowałam się na zabranie go z LOT-em, gdzie koszty przewozu to 50 + 50 = 100 euro. Pytałam także w Airbaltic, gdzie cena jest znośna, ale za to lot z przesiadką i a nie na wszystkich połączeniach zabierają rower. Próbowałam też metodą kombinowaną: niech któś wyśle mi rower do Skopje, stamtąd go odbiorę autokarem. Niestety zawsze okazywało się, że albo czegoś brak (pieniędzy, determinacji, natchnienia), albo coś nie jest możliwe (brak miejsc w autokarze na wybrane daty, brak synchronizacji czaso-przestrzennej). Że jechać na rowerze to jednak trochę za daleko, więc czekał i czekał.

Kiedy kupowałam w styczniu tani lot na trasie Sofia-Warszawa (zapłaciłam jedynie 80 kilka euro), biletu w jedną tylko stronę nie kupiłam jedyie dlatego, że różnica w cenie byłaby niewielka a nie byłam do końca przekonana o możliwości powrotu lądem. Będąc już w W-wie podjęłam rozpoczęte w czerwcu zeszłego roku próby namierzenia tajemnczego autokaru, który kursuje regularnie – acz nieco tajnie;) – na trasie Warszawa-Stambuł. Śledztwo w czerwcu pozwoliło dowiedzieć się, że firma której strona internetowa informuje o autokarze już nie działa, ale dostałam numer komórkowy kierowcy, który podobno jeździ. Zaraz po przyjeździe do Polski zaczęłam znów interesować się tematem. Autokar-widmo, bowiem strony internetowej brak, oficjalnego opublikowanego po polsku rozkładu brak, informacji na dworcu brak, a bilety (o ile nie kupuje się u kierowcy w dwie strony) ne istnieją w ogóle. Czytaj dalej „Wiosna! Sezon rowerowy w Stambule czas zacząć. O podróżach Z rowerem”

Football i gender

Odkąd przyjechałam do Turcji, moje spojrzenie na futbol zmieniło się; może nie drastycznie – ale jednak. Jak to często bywa, spotkanie z „obcym” jest jak lusterko ujawniające nasze własne schematy i stereotypy. W tym wypadku skonfronowałam się z zakorzenionym głęboko wizerunkiem Kibola. Szokiem poznawczym w Turcji było dla mnie na przykład, że mecze ligi krajowej oglądają „normalni”, wykształceni, „kulturalni” ludzie. Całe moje ja nauczone było z kolorowych gazet i tv, że liga krajowa to nie gra, a podwórkowa bijatyka. A ‚fan” to taki co to zdemoluje pół ulicy wraz z przystankiem, pobije i zbluzga wszystkich  wokół. Intelektualista piłki nożnej – no poza zawodami o randze co najmniej kontynentalnej – nie będzie oglądał, a już na pewno nie na stadionie. Zajmie się bieganiem, jogą, może sztukami walki. Poogląda boks (to w Polsce akurat modne).

Wśród moich znajomych w Turcji – wprost przeciwnie. Karate, boks?! To nie sporty, to zajęcie dla lokalnej ganksterki i mafii, dla kolesi z ndmiarem agresji i oczywiście nie dla kobiet, a jeśli to dla takich z poblemem, co to na pewno mają na bakier z własną kobiecością. Piłka nożna natomiast to norma, kibicowanie to niemal jak umiejętność oddychania. Jak masz na imię, skąd jesteś, której drużynie kibicujesz. I codzienny dyskurs – tak jak w Anglii o pogodzie, czy w Polsce o wspomnieniach z imprez – tu o meczach: tych zagranych, obejrzanych, obstawionych, wczoraj, jutro, przed rokiem. Ploteczki i nowinki o piłkarzach, kto gdzie przeszedł i jak zagrał, kto kogo kupił/sprzedał. Punktacje, wyniki, prognozy, komentarze, i to niektórym nigdy się nie nudzi.

Czytaj dalej „Football i gender”

Gry Miejskie: codzienne podróże metrobusem

Istanbul zasypany śniegiem. Padało od rana, najpierw nieśmiało, by około 16:00 sprowadzić cały widnokrąg do kilku metrów sześciennych wirującego śniegu. Wracałam akurat o tej porze z uczelni i miałam okazję przekonać się co to znaczy gdy prawie 14 milionowe miasto pozbawi się jednej z głownych arterii komunikacyjnych – metrobusów. Nie wyobrażam sobie, jak wyglądało poruszanie się po Stambule bez metrobusów. Metrobusy to autobusopodobne pojazdy jeżdżące po specjalnie wydzielonej linii na głównej trasie łączącej Azję i Europę. Jadąc na uczelnię przemierzam prawie całą trasę, czyli około 40 km. Linia podzielona jest na dwa odcinki: od Avcilal do mostu Bogazici, i od mostu do Sogutlucesme (Kadikoy). Żeby z Europy pojechać do Azji, przed mostem trzeba wysiąść z lini Europejskiej i przesiąść się do następnego pojazdu. I właśnie na tej stacji odbywają się zawsze fascynujące mnie Gry Miejskie.

Przesiadkowa stacja metrobusów w Stambule to jeden z tych dynamicznych punktów miasta, gdzie nic nie jest stałe poza budką z fast-foodem, bramkami wejścia na peron i fundamentami ulicznej infrastruktury. Mam wrażenie, że nawet chodnik ciągle się zmienia, pocierany w milionach miejsc przez setki tysięcy butów. To strefa hiper-liminalna, ruchliwe nigdzie, przesiadka. Ci, którzy na stacji Zincirlikuyu kończą swoją podróż, wychodzą przez metalowe bramki, przeciskają się po schodach, oddalają w różnych kierunkach. Pozostali, którzy jadą dalej, łączą się w ogrodzonej przestrzeni z nowymi pasażerami; z góry wyglądało by to jak ławica ryb, ściśniętych, anonimowych, jednokierunkowych.

Czytaj dalej „Gry Miejskie: codzienne podróże metrobusem”

Matka bez imienia

Od dłuższego czasu nurtuje mnie symboliczna zmiana tożsamości jednej z moich znajomych. Mieszka daleko i nie mam okazji by spotkać się z nią osobiście i zapytać o jej punkt widzenia, jedyny kontakt między nami ma miejsce w wirtualnej przestrzeni pewnego popularnego portalu społecznościowego. Na tym właśnie portalu moja znajoma zmieniła jakiś czas temu imię. Zacznę jednak od początku.

Kiedy poznałyśmy się w upalne lato prawie półtora roku temu, moja znajoma – nazwę ją imieniem pisarki Aishe Kulin – była w pierwszych miesiącach ciąży. Po kilku miesiącach urodziła chłopca, i wtedy właśnie nastąpiła zmiana; nie od razu, ale gdy dziecko miało kilka tygodni, z portalowego profilu zniknęła Aishe Kulin, a na jej miejsce pojawiła się: Mama XXX (i tu imię dziecka – nazwę go Tolga). Podczas trwania ciąży oboje pzyszli rodzice na chwilę zmienili swoje zdjęcia profilowe na obrazek gametki gdy poznali płeć oczekiwanego dziecka, ale po jego narodzinach tata nadal pozostał identyfikowalną z imienia i nazwiska osobą, a zmiana dotknęła tylko Aishe, która teraz nie jest już Aishe, tylko „Mamą Tolgi„. Wszystko, co robi na tymże portalu – zamieszcza zdjęcia, publikuje lub komentuje posty, składa znajomym życzenia – robi jako „Mama Tolgi”, ktoś, koga można rozpoznać w relacji do kogoś innego.

Czytaj dalej „Matka bez imienia”

Studiowanie po Turecku

Niedługo minie drugi semestr moich studiów doktoranckich na wydziale antropologii (a właściwie w instutycie) na Yeditepe Universitesi w Stambule. Pokuszę się o małą rekapitulację wydarzeń i opowiem  mojego studiowania, w której znajdziesz wiele antropologicznych smaczków;)

Yeditepe University to prywatna uczelnia, jedyna w Stambule oferująca PhD program antropologii, kiedy więc zdecydowałam się na Stambuł, wybór uczelni był raczej nieskomplikowany;)Jednak zanim to odkryłam, wysyłałam maile do wszystkich możliwych wydziałów antro w Stambule, pytając o możliwości studiowania i przedstawiając siebie i mój temat. Bardzo szybko otrzymałam odpowiedź od szefa instytutu antro na Yeditepe, z zaproszeniem na spotkanie. W lipcu pojechałam na kilka dni do Turcji i odwiedziłam uczelnię, gdzie nie dowiedziałam się w zasadzie nieczo poza terminem egzamiów wstępnych, które były we wrześniu.

Mój podstawowy błąd strategiczy od początku polegał na myśleniu „po polsku”. Moje wyobrażenie o studiach doktoranckich było takie: powinnam mięc sprecyzowany pomysł badawczy i plan, jakieś publikacje czy konferencje, powinnam być przygotowana do prowadzenia zajęć, i na prawdę dobrze wiedzieć co to antropologia.

Czytaj dalej „Studiowanie po Turecku”

hosz geldiniz (witam) i szczypta antropologicznych refleksji

Mieszkam w Turcji już prawie rok. Kilka razy usiłowałam opisywać swoje doświadczenia i obserwacje w postaci bloga, lecz porzucałam tę ideę po każdym nieudanym wpisie. Przez kilka lat pisałam wyłącznie o Macedonii, i ciężko było mi nagle zmienić kierunek bez poczucia „zdradzania”; jednocześnie czułam, że próby połączeń tych dwóch doświadczeń w jednen blog zaowocują sztucznym byciem w pomiędzy-nigdzie.

Rok spędzony w określonym miejscu odpowiada czasowi wymaganemu na przeprowadzenie badań terenowych – przynajmniej trzymając się tradycji dłogoterminowych badań antropologicznych. Czy to wystarczający czas, czy może zbyt krótko, czy wręcz za długo? Po doświadczeniach w Macedonii i Turcji, i kilku innych różnoczasowych „być” w innych miejscach nie potrafię odpowiedzieć inaczej niż że wszystko zależy od kontekstu. Pytając „czy wystarczy”, nie mam na myśli uczucia „nasycenia” się daną kulturą, miejscem, przestrzenią (Macedonia zawsze zostawia mi niedosyt;)), ale odpowiednie zatopienie się w kulturze, „kulturową zażyłość”, umiejętność poruszania się w lokalnych dyskursach tak, by rozumieć – choć więcej niż trochę – znaki, symbole, słowa, zdarzenia…

Podczas gdy po roku regularnych wyjazdów do Macedonii potrafiłam już swobodnie porozumiewać się po Macedońsku, a niedługo potem mogłam bez większego trudu studiować w Skopje, po rocznym mieszkaniu w Stambule umiem zrobić zakupy na bazarze, porozmawiać o pogodzie, piłce nożnej i samopoczuciu. Mimo że nawet oglądam tv i usiłuję czytać gazety, czuję niedosyt rozumienia i jednak nadal dryfuję po powierzchni. Szok kulturowy w Turcji nie opuszczał mnie przez kilka pierwszych miesięcy – pewnie też dlatego, że mieszkam w dzielnicy, gdzie postać „yabanci” (cudzoziemiec, obcy) jaskrawo odróżnia się od otoczenia. Kiedy jadę do Kadikoy, gdzie najczęściej zamieszkują studenci Erazmusa i przyjezdni czuję się tak, jakbym nagle przyjeżdżała ze wsi do miasta. Gdybym miała prowadzić badania jedynie w Turcji, wartościowy temat, który wykraczałby poza „Kurdowie a Turcy”, byłabym w stanie sformułować dopiero po kilku miesiącach, ciężko byłoby to zrobić nawet po kilku krótkich wizytach. Nie umniejszam absolutnie ważności tematu Kurdów, jednak tzw. „lokalne praktyki codzienne” to wielokolorowy wachlarz znaczeń którego odcienie można zacząć rozróżniać dopiero gdy umiejętność patrzenia przekonwertuje się z „polskiego” na – choć trochę – „tutejsze”.