W studenckiej jurcie

20140610_143642Moja uczelnia znajduje się za siedmioma górami. Dojazd zajmuje mi dwie godziny, i wszędzie jest stąd cholernie daleko. Dzięki temu, patrząc przez okno widzę zielone wzgórze, drzewa i kwiaty, a rano budzi mnie śpiew ptaków. Wdycham całkiem czyste, jak na Stambuł, powietrze. Jest cicho. Nawet wyjątkowo dziś aktywne dziewczęta z pokoju obok nie dorównują moim sąsiadom z Rajskiej Dzielnicy. Trochę pokrzyczą, ale w końcu się zmęczą. Nie mają dzieci, nie oglądają meczu, i rzadko i umiarkowanie spożywają alkohol. Jest porządnie i poprawnie, większość pokoi milknie po 22:00. No, może czasem troszkę po północy, ale i tak całkiem nieźle, jak na Stambuł. Jak wszystko inne, mieszkanie w akademiku ma swoje wady i zalety. Choć nie mieszkam tu na stałe, regularnie pomieszkuję, i w chwili oderwania się od naukowej pracy, postaram się opisać `mój`akademik.

Już zerknięcie w etymologię pozwala uchwycić różnicę pomiędzy polskim a tureckim domem studentów. `Akademik` wyartykułowany po turecku nie ma nic wspólnego z `akademią`. `Yurt` oznacza dom studencki, ale też `dom` w różnych znaczeniach: dom rodzinny, ojczyznę, habitus. `Yurt` odnosi się także do swojskości i obcości. W dosłownym tłumaczeniu `wewnątrz domu`, (yurt içi) to po turecku `w kraju`, a `na zewnątrz domu` (yurt dişi) to `za granicą`. Yurt-akademik ma być zatem swojski, nie tylko `domowy`, ale też `krajowy`, narodowy, turecki. Przyglądając się przestrzeni akademika można zatem uchwycić subtelne zarysy lokalnego sysytemu wartości, modelu rodziny i społeczeństwa. To taki modelowy mikro-świat w różnorodnym i wielobarwnym świecie.

Po pierwsze, akademiki są przestrzenią homo. Budynki przeznaczone są jedynie dla dziewcząt, lub chłopców. Nie wolno zapraszać gości z zewnątrz, urządzać imprez, lub wchodzić przez okna. Dzięki temu jest jak w haremie: ‚bezpiecznie’, ale monobarwnie. Dziewczęta siedzą w swoich pokojach, ewentualnie zapraszając sąsiadki. Czasami przechadzają się po kortarzu owienięte w ręcznik, w samej bieliźnie, lub w bardzo niekompletnym ubraniu. W tym czasie ich koledzy czekają cierpliwie przed drzwiami budynku, ćmiąc papierosa lub grając w gry na telefonie. Wieczorami widzę przez okno takich, co czekają nawet po kilkadziesiąt minut, bo najwyraźniej tyle czasu potrzebuje przeciętna studentki by przygotować się do spaceru po terenie kampusu.

W porównaniu z polskimi akademikami, ten turecki przypomina hotel. Bryloczkiem przy moim kluczu jest plastikowy czip, który umieszczam we włączniku za drzwiami, żeby uaktywnić światło i wtyczki. Dwuosobowy, sterylny pokój wyposażony jest w dwa łóżka, dwa połączone szklanym blatem biurka oparte na szafkach i mikro lodówce. To wprawdzie nie B&B, ale w pokoju mam łazienkę z prysznicem, mydłem, suszarką. Białe ręczniki i pościel wymieniane są raz w tygodniu, co drugie sprzątanie: studenci nie powinni zaprzątać swoich głów prozaicznymi czynnościami. Wszystko robi się samo. Nawet torba ze śmieciami sama znika sprzed moich drzwi, i absolutnym brakiem taktu wykazałam się szukając kontenera na śmieci dnia pierwszego. Samodzielnie się prasuje, w specjalnych pomieszczeniu na partarze. Samemu trzeba też zanieść pranie do pralni, gdzie jednak pierze się samo, po spotkaniu z niewidzialną siłą, która z pralki przenosi do suszarki.

Jeśli kogoś stać na studia, nie powinna/nien się przemęczać. Ci, którzy w młodym wieku pracują zarobkowo, na przykład na bazarach, na tychże już najczęściej zostaną. Polska norma połączenia pracy zarobkowej i studiów w trybie dziennym lub wieczorowym to w Turcji dziwactwo. W dotaku z kategorii çok zor (bardzo tudne).

W każdym segmencie na korytarzu akademika stoi duża butla z zimną i prawie-wrzącą wodą. Woda, rzecz jasna, wymienia się sama. Zalewając pseudo-wrzątkiem odpowiednią saszetkę można bardzo szybko otrzymać substytut kawy lub herbatę. W lokalnym akademiku nie przyrządzisz kawy po turecku, ponieważ nie wolno niczego gotować. W akademiku nie ma kuchni, a w pokojach nie wolno mieć czajników, kuchenek, lub innych podobnych wynalazków. O bezpieczeństwo studentów dba serwis sprzątający i czujniki anty-pożarowe. Dozwolone urządzenia prądożercze to laptop, radio, lampka, ładowarka.

Studiująca młodzież nie powinna również tracić czasu na gotowanie. Może przecież jeść surowe, albo – co bardziej powszechne – konsumować abur-dżubur (z tureckiego: tzw śmieciowe żarcie). W sklepiku na terenie kampusu można zaopatrzyć się w stosowne batoniki, czekoladki, ciasteczka i chrupki, brońciępanietureckiboże owoce lub warzywa, które moża zdobyć jedynie wyprawiając się poza bramy kampusu, lub – podwójnie drogie w porze lanczu. a Lokalne bufety serwują fast food, puszkowane napoje, herbatę i kawę z automatu. Centralny karmnik to studencka stołówka, jednak wcale nie taka tania, i serwującej posiłki jedynie w wyznaczonych godzinach. Do wyboru potrawy z zakresu typowej domowej tureckiej kuchni. Z opcji `bez mięsa` do wyboru są warzywa, jadalne, nawet smaczne, ale dosyć monotonne i żeby dobrze się czuć, musze się dożywiać poza stołówką. Zawsze takie same surówki (pomidory z ogórkiem, lub marchewka, kapusta i sałata), klasyczne duszone warzywa z olejem i salczą, czasami fasola lub cieciorka. Puree ziemniaczane, biały ryż z olejem, białe pieczywo. Da się przeżyć, da się nawet schudnąć, bo dzięki zdroworozsądkowej eliminacji stołówkowego menu zawężam moje menu do jednego posiłku dziennie złożonego z surówki i warzyw/cieciorki/zupy. Witariańskie śniadanie i kolację organizuję sobie sama. Wracając do stołówki, jedynym wystrojem jest ścienne LCD emitujące tureckie przeboje z Power Turka. Nie jestem pewna, czy to studencki ambient, czy sposób na stworzenie atmosfery `jak w domu`, a może 2w1. Kto pomieszkał w Turcji, ten wie, że w wielu domach telewizor to główny ołtarz, towrzyszący wszelkim codziennym czynnościom, od świtu, do zmierzchu, i pomiędzy.

To mój trzeci pobyt w akademiku i po raz pierwszy nie jestem całkowicie sama w pokoju. Moja współlokatorka jest Iranką, która wyjechała do domu zaraz dzień po moim przybyciu, by wrócić dzień przed moim wyjazdem. Choć nie jestem aspołeczna, rozkoszuję się chwilową samotnością. Być może dlatego, że mam lekką traumę po doświadczeniu z akademika w Macedonii, gdzie trafiłam na lokatorki, którym zdarzało się np. przykładać szklankę do ściany, kiedy w pokoju obok `coś się działo`.

Staram się unikać generalizacji, ale czy da się przejść obok wielkiej góry, udając, że jej nie ma? `Turecka młodzież` to faktycznie istniejący byt. Generalizując, wygląda prawie tak samo. Nie `identycznie`, ale katalogowo. Różnorodność manifestuje się w ramach pewnych przyjętych standardów, norm, i tego, co poprawne. Cudzoziemców łatwo poznac po tym, że na tle tureckości wyglądają jak ekstremum. Przede wszystkim, młodzież powinna wyglądać ładnie. Poprawny makijaż, poprawne włosy poprawne ubranie. Czasem zbyt mocno, przemalowanie, przejaskrawie, lalkowato, ale wciąż mieszcząc się w kategorii `chcę być ładny`. Studenci ubierają się w spodnie i koszulę/t-shirt. Nie oczekuję od nich letniej sukienki, ale ich koszule i t-shirty są poprawne, mainstreamowe. Najbardziej alternatywną subkulturą są `rokersi`, zawsze ubrani na czarno, w ubrania podobnych firm, poprawni rokersi z katalogu rokersów. W tutejszej palecie `subkultur` brakuje mi manifestacji indywidualnej kreatywności. Własnej twórczości. Jednak jak można byc kreatywną/ym, jeśli wszystko wokół robi się samo? Mainstreamowe subkultury mieszczą się się w kanonie katalogowego piękna, pozostając tak samo alternatywne, jak dready wykonane za kilkaset złotych w salonie fryzjerskim.

Reklamy

Autor: Eyen

Od kilku lat zajmuję się etnologią i antropologia Bałkanów, głównie Macedonii. W ramach laboratorium etnograficznego na warszawskiej etnologii prowadziłam badania terenowe o tematyce genderowej w zachodniej Macedonii. Następnie już w lipcu 2007 pojechałam do Włoch, by choć przez kilka dni poobserwować życie pechalbarów - migrantów z Macedonii. Równolegle, przez prawie dwa lata byłam zaangażowana w badania w ramach grantu MENiSW "Relacje społeczne i etniczne na pograniczu macedońsko-albańskim", pod przewodnictwem Karoliny Bielenin-Lenczowskiej. W lutym 2008 po raz piąty przyjechałam do Macedonii, tym razem na stypendium do Skopje, by przez kilka miesięcy choć trochę poznać "normalne", codzienne życie tego miasta. Prozaiczny brak czajnika elektrycznego, pralki, czy kulturowego nawyku picia herbaty posiadały swoisty urok i prowokowały, by poddawać w wątpliwość znaczenie słowa "powrót". Już w styczniu 2009 po raz kolejny pakowałam się do Skopje, tym razem na dziewięć miesięcy, jako przyszła wolontariuszka programu Młodzież w Działaniu. Pracując dla organizacji Kreaktiv, prowadziłam warsztaty z ekologii i rękodzieła, pracowałam z młodzieżą Romską i realizowałam projekt genderowego treningu w Skopje. W "międzyczasie", odwiedziłam Tiranę, Sarajevo, Sremski Karlovci... by za każdym razem tęsknić za Skopje. Równolegle do antropologii studiowałam także ochronę środowiska w warszawskiej sggw. Po kilku przerwach w studiowaniu, w grudniu 2010 w reszcie obroniłam mgr ze specjalizacji ochrona przyrody. Przez rok pracowałam jako koordynatorka projektu promującego recykling w jednym z dużych ngo-sów w Warszawie, po czym w styczniu 2011 dostałam się na studia doktoranckie w Stambule na uniwersytecie Yeditepe. Moje badania dotyczą współczesnych migracji z Macedonii do Turcji. Równolegle, współpracuję przy projekcie badającym ponadpaństwowe więzi łączące migranów Macedońskich we Włoszech... Od stycznia 2011 mieszkam w Stambule. Studiuję na studiach doktoranckich w instytucie Antropologii na Yeditepe University, prowadząc badania o trans-granicznych więziach pomiędzy Macedonią i Turcją (tak bardzo, bardzo ogólnie mówiąc;)). Od niedawna piszę bloga także o moich doświadczeniach z Turcji. Główny punkt podróży ciągle się przesuwa. Ima vreme.

2 thoughts on “W studenckiej jurcie”

  1. Zawsze dziwi mnie niesamodzielność tureckich znajomych – studentów. Nie chcę na nich narzekać („are you Polish?!” ;)), ale poziom samodzielności jest porównywalny z moją starą klasą w gimnazjum. Nauczyciele, pftu, wykładowcy, potrafią dzwonić do rodziców, kiedy ktoś jest nieobecny na zajęciach. Technika kopiuj-wklej ma się dobrze, a wikipedia jako źródło naukowe jest cytowana nawet na dobrych uczelniach. Przygotowanie prezentacji polega na przepisaniu podręcznika (podręcznika! jednej książki, której trzeba się nauczyć! Zero porównywania źródeł, podważania teorii, zero!)
    A propos domów studenckich, spotkałaś się z domami prowadzonymi przez abi? Są za darmo, ale trzeba w nich pracować, modlić się i być blisko ruchu Gullena… Starsi „bracia” płacą za jedzenie i zakupy młodych, a ci odpłacają się kolejnemu pokoleniu. Strasznie ciekawa sprawa, ale znam tylko z opowieści, bo do domów abi dziewczyny wstępu nie mają 🙂

    1. Ruch Gulena jest bardzo ciekawy, opiera się się na tworzeniu sieci kontaktów i wzajemnego wspierania się, takie kredyty bez oprocentowania, które spłaca się, kiedy ma się na to środki. Nigdy nie byłam w takim domu, ale co nieco o nich słyszałam.
      Co do niesamodzielności… cóż, chyba tak, ale w Polsce też mnie to często dziwiło.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s