Sztuka (dez)informacji

buzOstatnimi czasy regularnie czytuję tureckie gazety. Po pierwsze, przeglądając codzienną prasę uczę się nowych zwrotów i rozszyfrowuję skomplikowane konstrukcje tureckiej gramatyki. Po drugie, coraz lepiej rozumiem tutejsze poczucie absurdu i humoru i, zamiast się niepotrzebnie denerwować, dystansuję się do świata. Aż dziwne, że wszyscy w tym kraju nie rodzą się z pięknie wyrzeźbioną na brzuchu baklavą, tyle wokół radości. Po trzecie, mogę śledzić miejscowe wydarzenia podąrzając lokalną, krętą i bujną siecią różnorodnych ścieżek narracji. Wszystko jest względne i relatywne, i, jak to sie mówi, z pchły można zrobić wielbląda.

Według ostatniego raportu sporządzonego przez Amerykanów, wolność i prawa obywatelskie w Turcji ocenia się na 3,5 w skali 1-7. Nie, żebym wierzyła we wszystko, co amerykańscy uczeni zważą, zmierzą i opiszą, jak wiadomo, w Stanach wiele rzeczy wartościuje się ropą, a raport „Freedom in the World” pomija odwieczną prawdę, że wolnoć Tomku w swoim domku. Potraktujmy więc raport jako intelektualną łamigłówkę, prasową ciekawostkę, w której Amerykanie ustawiają Turcję w jednym rzędzie z Ukrainą, Pakistanem, czy też Libią. Chociaż, jak zauważa amerykański think tank, sytuacja Kurdów w Turcji faktycznie się poprawiła odkąd premier zezwolił na publiczne używanie kurdyjskiego i naukę tego języka w prywatnych szkołach, krajem rządzi korupcja, a sytuacja pozostałych nie-sunnitów pozostawia wiele do życzenia. Weźmy chociaż Alewich, których miejsca modlitwy – Cemevi – według prawa uprzywilejowującego sunnitów, nie są miejscami kultu religijnego. Amerykański think tank zwraca również uwagę na to, że choc prawo tureckie dopuszcza protesty uliczne jako formę wyrażania opinii społecznej, prawie każda taka ekspresja kończy się interwencją policji, która wolność słowa topi wodnymi armatkami i zadusza pieprzowym gazem.

Jednak na co dzień w Turcji jest zabawnie, a ludzie, oglądając wiadomości co i raz zataczają się od śmiechu: w Adanie uczniowie pobili nauczyciela, po tym jak zobaczyli niezadawalające świadectwa. Buahahahahaha, wiadomo, Adana to jak turecki dziki zachód, tam żyją inni ludzie, tacy co chili popijają ogniem, a w kieszeniach noszą tasaki i pistolety. Toć przecież nie dalej jak trzy dni temu, po tym jak chłopiec rzucił kamieniem w stado gęsi, w ciągu kilku minut na ulicy już leżały trzy trupy. A film pokazujący, jak adanański wojownik uzbrojony w pałkę wyskakuje z trzeciego piętra na dach samochodu, do tej pory jest na top liście oglądalności na youtube.

Kiedy słyszę „a wczoraj w Adanie…”, moje ciało samo przygotowuje się do morderczego śmiechu, ten czarny humor wszedł mi już w nawyk, w krew, czuję, że niedługo zmieni mój genetyczny kod. Cóż, może dobrze się śmiać, skoro i tak nic się na pewne sprawy nie poradzi, a w sumie i po co, skoro wszystko wokół może się nagle okazać jedną wielką iluzją.

Niemal codziennie publikowane są w gazetach nowe pomysły, które natychmiast zdobywają bogato ilustrowaną sławę w internecie, by zaraz następnego dnia okazać się, według innych gazet, oczywistą nieprawdą.

Oto na przykład turecki kanał telewizji państwowej TRT ze świętym oburzeniem obwieszcza, że nieprawdą jest, jakoby telewizja miała zamiar cenzurowania skąpych strojów kobiecych podczas transmisji łyżwiarstwa figurowego w ramach nadchodzących igrzysk olimpijskich. Zamiary cenzurowania doczekały się już nawet ilustracji (patrz fotografia wyżej), ludzie zdąrzyli się oburzyć, że rząd ograniczy im przyjemnosć patrzenia, a łyżwiarkom tańczenia, studenci już szykowali się do protestu, a tymczasem TRT ogłosiło, że przecież już tyle razy podczas transmisji sportowych zezwalało oglądać na ekranach wysportowaną nagość, ci, co myślą, że rząd cenzuruje i ogranicza, jak zwykle kłamią, proszę o tym pamiętać, zbliżają się wybory.

rybkiTymczasem uczeni z Uniwersytetu Recepa Tayyipa Erdogana, prowadząc badania naukowe w rzece Firat, odkryli trzy nowe gatunki ryb z rodzaju karpiowatych, o których nie pisała aż do dziś światowa naukowa literatura. Odkrytym rybkom nadano stosowne imiona: Alburnoidesi Recepi, Alburnoidesi Eminea, i Alburnoidesi Valioglui. Wszystkich, którzy niesłusznie kojarzą nazwy rybek z premierem i jego małżonką, uczeni uspokajają zapewnieniem, że przy wyborze nazewnictwa kierowali się własnymi powiązaniami rodzinnymi i zasługami w dziedzinie nauki. Nikt na przecież nie chciał jeść Recepi z grilla, myśląc o premierze, szczególnie że to wśród rybek najmniejsza, zaledwie 6,5cm. Przez kilka dni wiadomość o rybkach pojawiała się na różnych portalach, z primaaprilisowym Zaytung włącznie, rosnąc do rozmiarów dziwacznego żartu, miejskiej legendy: przecież wszyscy wiedzą, że słowo sazan, oznacza nie tylko „karp”, można go też użyć wtedy, kiedy chce się komuś przypomnieć o jego rybim móżdżku (sazan po turecku oznacza również: głupek, idiota). Niektórzy nadal uparcie twierdzą, że żadnych rybek nie było i nie ma, choć, kto wie, może będą pływały w przedwyborczej zupie.

Kłamliwe media, zdradliwe internety. Co i rusz rozpuszczają obrzydliwe plotki, przekazują sobie fotografie z protestów ilustrujące złych policjantów, walczących na pięści polityków, pięniądze w pudełkach po butach, wycinane po cichaczu i nielegalnie drzewa. To bagno zarazy i siewcę zła, internet, należy poddać wnikliwej obserwacji i kontroli, uleczyć to zepsute narzędzie, którym pewnie sam szatan rysuje w umysłach ludzi pomysły o nieposłuszeństwie. Czy pogłoski, że rząd cenzuruje internet, to prawda, czy może kolejna plotka? Nikt nie wie, co tak na prawdę się dzieje. W natłoku cyklicznych (dez)informacji, nie wiadomo, czy jest prawdziwym, że rząd cenzurje twittera, że wyłapuje ludzi przez fejsbuka, że blokuje wiele stron internetowych, pozycjonując własne.

Może lepiej było by, starym zwyczajem, pójść do kawiarni i tam posłuchać, co się dzieje na świecie. Bo chociaż może usłyszelibyśmy równie nieprawdopodobne słowa, przynajmniej pochodziłyby od ludzi. W chwili zwątpienia można by przypomnieć sobie, kto to powiedział i kiedy, jego twarz, głos, zapach kawy, i wspomnienie nie zniknęło by tak szybko, jak wpisy na stronach, komentarze i blogi.

Reklamy

Autor: Eyen

Początki mojej etnograficznej przygody sięgają laboratorium etnograficznego na warszawskiej etnologii w ramach którego miałam szansę pojechać na pierwsze badania terenowe do zachodniej Macedonii. Przez kolejne lata byłam zaangażowana w badania dokumentujące relacje społeczne i etniczne na pograniczu macedońsko-albańskim oraz migrację z Macedonii do Włoch. Przez kilkanaście miesięcy mieszkałam w stolicy Macedonii, Skopje, jako stypendystka programu CEEPUS, oraz wolontariuszka programu Młodzież w Działaniu. Równolegle do antropologii ukończyłam magisterskie studia z ochrony środowiska w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego i przez rok po obronie pracowałam jako koordynatorka projektu promującego recykling w jednym z Warszawskich stowarzyszeń. W styczniu 2011 dostałam się na studia doktoranckie jako stypendystka programu TUBITAK-BIDEB na uniwersytecie Yeditepe i przeprowadziłam się do Turcji. Moje badania dotyczyły tożsamości muzułmanów z zachodniej Macedonii w kontekście migracji i więzi z Turcją. Od roku 2017 kontynuuję studia na wydziale antropologii Uniwersytetu Oslo.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s