Konstantynopolitańczykowianeczka

Czy już nią jestem? Mieszkanką (ex)Konstantynopola, czy może nadal tylko zasiedziałą podróżną, obcą, migrantką?

Co robisz w Stambule? Jak długo tutaj jesteś? Dlaczgo przyjechałaś? Czy podoba ci się Turcja?

To zestaw pytań dla obcych, dla turystów, na które po pewnym czasie nikt z dłużej mieszkających gdziekolwiek nie ma siły odpowiadać z entuzjazmem.

Ale nie oszukujmy się, w Stambule większość osób jest niestąd.  Co drugi/a, a może nawet dwoje na troje mieszkańców tego miasta ma do opowiedzenia historię swojego przyjazdu: na studia, do pracy, z rodziną. Większość autoprezentacji wygląda mniej więcej tak: tak, jestem stąd, to znaczy tu mieszkam, ale orginalnie jestem z (Izmiru, Trabzonu, Edirne, Adany, itp).  I nie przeszkadza to wcale w tym, żeby mówić o sobie Istanbullu (Stambulczyk/Stambulczanka).

Jak zauważa Buket Uzener w powieści pod tymże tytułem, Istanbul-lu niekoniecznie oznacza miejsce urodzenia czy zamieszkania, ale pewien specyficzny status, pozycję w systemie społeczno-klasowym, prestiż.  Stambulczykiem można się stać, można też być bardziej lub mniej, i w rzeczywistości chyba najbardziej przejmują się tym ci, którzy urodzili się najdalej stąd. Jeden z bohaterów wspomnianej książki, młody barman, rozmyśla o swoim skrytym marzeniu: żeby w końcu być Istanbullu. Chociaż tak jak śnił, przeprowadził się tutaj ze swojej rodzinnej wsi, okazuje się, że mieszkanie w wynajmowanej klitce  w ubogiej dzielnicy nie wystarcza, żeby czuł się Stambulczykiem na prawdę. Z beznadziejną tęsknotą rozmyśla o Bebek, Nisantasi – jednych z najbogatszych dzielnic stambulskiej metropolii i jest gotów dosłownie odjąć sobie od ust za cenę przeprowadzki do lepszej dzielnicy, gdzie mógły uczestniczyć w życiu Stambułu. Jego bycie jest zawsze kontestualne: Choć dla „swoich” z rodzinnych stron jest Stambulczykiem, dla tych z Bebek jest ledwo zauważalnym jedym z: przyjezdnych, migrantów ze wsi, ubogich, barmanów.

Istanbullu to także pewne praktyki, związane najczęściej z uczestniczeniem w wyobrażonym życiu lepszych sferw bywaniu, w stroju, w zachowaniu. Jedna z Turczynek tłumaczyła mi kiedyś, że miejsce, w którym trzeba bywać w Stambule, to Reina, i nie chodziło o to, co tam się robi: wspomniana znajoma nie tańczy i nie potrafi nawet sprecyzować jaką muzykę lubi. W szpilkach na kilkunastocentymetrowych obcasach, wystrojona jak na wystawne wesele, starannie umalowana, dystyngowana, po prostu tam jest, raz na miesiąc, dwa, z jedną lub dwiema koleżankami. Ot, przestrzeń fantazji, gdzie można pobyć razem z celebrities, poczuć się jak gwiazda, choć na chwilę zanurzyć się w magicznym koktalju. Choć jestem przekonana, że taka Reina jest właśnie po to, żeby mieć iluzję wkradania się do strefy gwiazd, jednym z powodów bywania tam jest właśnie uczucie przekraczania granicy do świata, do którego się nie należy.

Jako nowoczesna kategoria znaczeniowa Istanbullu mnie nie pociąga. Nie czuję potrzeby bywania i stawania się kimś wielkim w wielkim mieście, wolę iść z kimś lub po coś (pogadać, posłuchać muzyki), niekoniecznie po status. Nie robię też tych wszystkich szalonych zwariowanych rzeczy w olbrzymim wspaniałym mieście miliarda świateł, jakich doświadczają turyści i Erazmusi, Istanbullu na chwilę, którzy zazwyczaj wyjeżdżają stąd zanim zdąrzą ochłonąć z pierwszego szoku po multi-kulti, fajce wodnej i dzikich imprezach na Taksim, whirling dervish, Turkish night, Egipskim Bazarze i kołyszącycm Bosforze.

Powoli jednak staję się chyba Konstantynopolitańczykowianeczką. Życie codzienne nawet w tylumilionowym mieście może być całkiem spokojne, i odkrywam, że zaczyna mi się podobać spokój. Kupiłam dwa kwiatki w doniczce, mam kota, pomalowałam ściany. Na pytanie „czy planujesz tu zostać?” nie odpowiem „tak”, ale nie siedzę już na walizkach. Nadal przeglądam możliwości wyjazdów tu i tam (to chyba rodzaj uzależnienia), ale nie z uczuciem wgryzającej się w kark  konieczności jak najszybszej ewakuacji, mimo, że czasem zatrzęsie. Kismet pokaże, czy, kiedy i dokąd.

Najbardziej fascynująca dla mnie w zjawisku migracji jest metamorfoza pojęć i znaczeń. Kiedy zacznie się migrować, okazuje się na przykład, że nie można już nigdy wrócić. Prawdziwy powrót jest bowiem niemożliwy, tak jak podróż w czasie.

Po dłuższym przebywaniu na migracji okazuje się także, że nie ma już domu, albo przeciwnie, że jest ich nagle kilka, ów stary dom tam i nowy tu (w przypadku tradycyjnej migracji z-do), lub wiele domów wyrastających wszędzie tam, gdzie akurat położyło się poduszkę (w przypadku kosmopolitów i nomadów).  Dom jest bowiem nie tylko miejscem ale znaczeniem i uczuciem, bukietem skojarzeń, w którym znane i bezpieczne zyskują zapach przy dłuższym lub intensywnym kontakcie.

Migrowanie przemienia też słowo norma, a szoku kulturowego można doświadczyć nawet we własnym home country, kraju urodzenia. Nawet najdrobniejszy szok  toruch, zmiana, intensywne bodźce, potężna dawka adrenaliny, a to chyba może uzależniać. Dlatego migrując ciężko się zatrzymać.

Reklamy

Autor: Eyen

Od kilku lat zajmuję się etnologią i antropologia Bałkanów, głównie Macedonii. W ramach laboratorium etnograficznego na warszawskiej etnologii prowadziłam badania terenowe o tematyce genderowej w zachodniej Macedonii. Następnie już w lipcu 2007 pojechałam do Włoch, by choć przez kilka dni poobserwować życie pechalbarów - migrantów z Macedonii. Równolegle, przez prawie dwa lata byłam zaangażowana w badania w ramach grantu MENiSW "Relacje społeczne i etniczne na pograniczu macedońsko-albańskim", pod przewodnictwem Karoliny Bielenin-Lenczowskiej. W lutym 2008 po raz piąty przyjechałam do Macedonii, tym razem na stypendium do Skopje, by przez kilka miesięcy choć trochę poznać "normalne", codzienne życie tego miasta. Prozaiczny brak czajnika elektrycznego, pralki, czy kulturowego nawyku picia herbaty posiadały swoisty urok i prowokowały, by poddawać w wątpliwość znaczenie słowa "powrót". Już w styczniu 2009 po raz kolejny pakowałam się do Skopje, tym razem na dziewięć miesięcy, jako przyszła wolontariuszka programu Młodzież w Działaniu. Pracując dla organizacji Kreaktiv, prowadziłam warsztaty z ekologii i rękodzieła, pracowałam z młodzieżą Romską i realizowałam projekt genderowego treningu w Skopje. W "międzyczasie", odwiedziłam Tiranę, Sarajevo, Sremski Karlovci... by za każdym razem tęsknić za Skopje. Równolegle do antropologii studiowałam także ochronę środowiska w warszawskiej sggw. Po kilku przerwach w studiowaniu, w grudniu 2010 w reszcie obroniłam mgr ze specjalizacji ochrona przyrody. Przez rok pracowałam jako koordynatorka projektu promującego recykling w jednym z dużych ngo-sów w Warszawie, po czym w styczniu 2011 dostałam się na studia doktoranckie w Stambule na uniwersytecie Yeditepe. Moje badania dotyczą współczesnych migracji z Macedonii do Turcji. Równolegle, współpracuję przy projekcie badającym ponadpaństwowe więzi łączące migranów Macedońskich we Włoszech... Od stycznia 2011 mieszkam w Stambule. Studiuję na studiach doktoranckich w instytucie Antropologii na Yeditepe University, prowadząc badania o trans-granicznych więziach pomiędzy Macedonią i Turcją (tak bardzo, bardzo ogólnie mówiąc;)). Od niedawna piszę bloga także o moich doświadczeniach z Turcji. Główny punkt podróży ciągle się przesuwa. Ima vreme.

4 thoughts on “Konstantynopolitańczykowianeczka”

  1. Ja lubię to, że jestem u siebie (wszędzie), a jednocześnie zawsze jest coś, do czego jeszcze nie jestem przyzwyczajona. Tak, jakby dziecko było 10 miesięcy na wakacjach, a 2 miesiące w szkole.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s