Miesiąc miodowy, szok kulturowy: kręta ścieżka do dwukulturowości

Wypełnia mnie niechęć do tych zwykłych ludzi, którzy nie są w stanie znaleźć nawet odrobiny poezji w tym, co napełnia mnie wielką radością.*

To nie moje słowa, choć przyznam, że bywa, że czuję podobnie. I nie chodzi tu bynajmniej o umiłowanie poezji, ale o “znalezienie wspólnego języka”, podobny światopogląd – to, o czym zazwyczaj marzą migranci. Bronisław Malinowski, którego tu zacytowałam, był w sytuacji wyjątkowo trudnej: przez prawie trzy lata mieszkania „wśród dzikich” na Trobriandach nie miał komórki i internetu, a jedyną przestrzenią ekspresji były listy i pamiętnik, wydany po śmierci jako Dzienniki Malinowskiego (skąd pochodzi cytat).

Malinowski był etnografem a badania na Trobriandach prowadził dla London School of Economics. Jednak choć był uznanym badaczem, na prawdę sławny stał się dopiero po śmierci, po publikacji wspomnianych pamietników. To moment przełomowy w antropologii, bo nie można już więcej udawać, że etnograf w terenie dokonuje obiektywnych obserwacji sam/a pozostając niewzruszony/a i nietknięty/a, profesjonalny/a i… nieludzki/a. Malinowski na poboczu wnikliwych, bezstronnie brzmiących opisów kultury „dzikich” przelewał na papier wszystko, co boli i swędzi: tęsknotę, niewygodę, niezrozumenie, antypatię , zmęczenie, choroby. Ciekawe jest, że bardzo dużo w tych opisach fizlojogii – tego „najniższego” szczebla z piramidy potrzeb. W pamiętniku czytamy o biegunkach, lewatywach, gorączce, niestrawnościach, gorącu, bólu…  oto człowiek, słynny badacz bez maski, który znalazł się w miejscu, gdzie poza kilkorgiem „cywilizowanych” znajomych mógł jedynie usiłować zrozumieć innych (nie znał nawet języka) dla których na pewno był i dziwny, i obcy.

Choć Istanbul to nie wyspy a ja nie mieszkam w szałasie, podobnie jak z Bronisława,wychodzi ze mnie, no właśnie: Europocentryzm, czy może po prostu różnica kulturowa – jakkolwiek tu kulturę rozumieć?

Typowe przedpołudnie, wychodzę do sklepu. Kobieta w chuście na głowie wylewa z balkonu pomyje na chodnik. Jej sąsiadka trzepie dywan przez okno tuż nad moją głową, leci kurz. Przed kirathane… na zbieraninie mebli: krzeseł, stołków, kanap i foteli siedzi kilku facetów w otoczeniu kiepów i zasłony dymno-nikotynowej; kopcą nie tylko wtedy gdy akurat przechodzę. Pomiędzy blokami walają się niezidentyfikowane śmieci – na przeciwko jest szwalnia i kolorowe skrawki, nitki, tekturowe tuby mieszają się z błotem. Idę do sklepu, w sumie nie wiem po co, bo w takim zwykłym i tak nie znajdę większości rzeczy, które lubię. Pewnie mam zbyt wygórowane wymagania, no ale, hm, brak zwykłego chudego twarogu i ciemnego pieczywa w formie mniejszej niż półkilowy bochenek to codzienne krople irytacji. Prozaiczne to, z najniższego poziomu piramidy potrzeb – ale cóż, podobno właśnie te „najniższe”, jeśli niezaspokojne, pną się jak bluszcz po sośnie aż do ośrodka mózgowego sterującego poczuciem zadowolenia, komfortem, przyjemnością, i zdolnością do odczuwania potrzeb na „wyższych” poziomach. Powtarzam uparcie swojej mózgownicy, że nie jest tak, że można mieć zawsze wszystko,  i przedstawiam jej całą listę rzeczy, które są „tu”, a nie ma „tam”. Wracam do domu i na progu dostaję propozycję, co by tu zjeść: kebaba a może kahvalti?

Tak na prawdę nie chodzi jednak o jakieśtam jedzenie ; interpretując pirmidę potrzeb zwykle patrzy się na nią jak na górę lub drabinę: z dołu do góry, gdy tymczasem to właśnie wierzchołek, choć najmniejszy, ma największą moc sprawczą i promieniuje na całą resztę. Jeśli w ogóle wierzyć w schemat zaspokajania potrzeb, to z pewnością działa zgodnie z ruchem dwukierunkowym. Potwierdzą to na pewno osoby intensywnie zakochane, które w pierwszych dniach euforii zapominają o jedzeniu, piciu, bezpieczeńswtie itp. i dosłownie oddychają swoją euforyczną miłością. Taka miłość niekoniecznie musi już zaraz dotyczyć relacji damsko męskich – choć najczęściej tak jest –  może być uczuciem do miejsca, przestrzeni, innych osób, rzeczy. Zapewne wewnątrz tej piramidy można by nakreślić wiele różnych strzałek. Z resztą z podstawowymi potrzebami jest tak, że chronicznie niezaspokajane prędzej czy później dosięgną wierzchołka piramidy i przypomną o sobie.

W Istanbule jest wiele potrzeb z różnych poziomów, o których zaspokojenie trudno:

Spotkanie ze znajomymi, normalna rozmowa z facetami, zrozumienie kobiet, (znów gender!) swoboda stroju (podkreślam, nie chodzi mi o Taksim:)), swobodna komunikacja, rozumienie o co chodzi w mediach, o czym mówią ludzie na ulicy… swoboda, swoboda, swoboda…

zieleń, przestrzeń, złota jesień, kawa zbożowa, brak wycia za oknem, cisza i spokój (no choć czasami)

znane ścieżki i uliczki, dobry klub z dobrą muzyką (dobry=lubiany i niekoniecznie z pólki „oriet-egzotyka;)), przemierzenie całego miasta w pół godziny a na rowerze w dwie,

zapachy, dźwięki, smaki, miejsca…

Nie chodzi o lepsze-gorsze, ale o to, co drzemie w receptorach jako kod rozpoznawania ustanowiany przez ileś-tam lat na etapach nauki i adaptacji, aż do poczucia przynależności. Przychodzi mi na myśl szereg artykułów dotyczących  tego, jak migranci tęsknią za swoimi domami, lub jak pojęcie „dom” zostaje tak bardzo przewartościowane, że przestaje byc już miejscem, a staje się potzrebą ruchu i zmiany.

Muszę przyznać, że po dłuższym mieszkaniu w Turcji takie podstawowe, drobne braki stają się chwilami nie do zniesienia. Sama się dziwię, że takie „błache” sprawy jak warunki mieszkaniowe, jedzenie czy otoczenie mogą tak bardzo wływać na samopoczucie. Jak Malinowski, mam ochotę krzyknąć, że już nie znoszę „dzikich” i zamknąć się w namiocie albo uciec. Na początku – i wiem, że nie tylko ja – byłam zdziwiona, że na forum polonii w Turcji najbardziej rozwiniętym drzewkiem dyskusji są kulinaria, a dokładnie artykuły spożywcze – zamienniki w Turcji. Miałam wizję stowarzyszenia gospodyń wiejskich lepiących co dzień pierogi i szukających po całym Stambule śmietany zamiast jogurtu lub kajmaku. Tymczasem – o ironio – po dwóch latach jedzenia durumów, czorby, pejnirów itp., sama za kilkanaście dni będę lepić pierogi. Migrowałam przez ostatnie kilka lat całkiem sporo i zawsze poszukiwania schabowego po dwóch tygodniach pobytu za granicą wzbudzały we mnie śmiech. Przecież można polubić lokalne, trzeba spróbować nieznanego, otworzyć się na nowe. Odkryć smaki, zapachy, poszerzyć swoje poznanie.

Jednak migracja sezonowa – nawet jeśli na klka miesięcy – nie jest tym samym, co zamieszkanie. Podróżowanie, przemieszczanie się, eksplorowanie to jedno, a osiedlanie, urządzanie, zakorzenianie, to drugie. W tym pierwszym można znieść niewygody, spanie na podłodze, mycie się w zimnej wodzie, konserwy i egzotykę,bo wiadomo, że prędzej czy później czeka cię „powrót”: stół w kuchni, kanapa w salonie, fotel, nawet materac, ale w domu. Nie ma w podróżowaniu czającego się za ramieniem „przyzwyczaj się, tak będzie przez następne x lat”. Kiedy przepyszny skądindąd lahmadżun okazuje się przymusem, a nie rezultatem ciekawości i wyboru, poważnie traci swój smak. Czasem ten smak wraca, potem znika, tak samo jak nostalgia za tym, co znane.

Przypomina mi się kolejny wykres z pogranicza nauk społecznych i psychologii, tym razem krzywa obrazująca szok kulturowy towarzyszący doświadczaniu odmiennych kulturowo przestrzeni. Kalervo Oberg (1960) pokusił się o rozłożenie doświadzcenia tego, co przeżywamy mieszkając za granicą, na cztery główne etapy:

Etap miodowego miesiąca to pierwsza faza szoku, kiedy żyjemy z zachwycie nad wszystkim, co nowe. Ah, jak cudowny jest Istanbul, te światła, ci ludzie, muzyka, kolory, zapachy, rajskie przestworza. Tysiące bodźców bombardujących z niesamowitą intensywnością, andernalina, serotonina, słowem – euforia. Stan upojenia może utzrymywać się całkiem długo, a podtrzymują go inne nowe doświadczenia, np. zmiana miejsca zamieszkania – co często towarzyszy np. wolontariuszon lub Erazmusom/skom.

Powoli oswajamy się z niespodziankami, zmysły przyzwyczająją się do lokalnego i powoli zaczynamy zauważać różnice pomiędzy „nowym” i „starym”. Wchodzimy w tzw. fazę negocjacji, próbę sił pomiędzy sobą i otoczeniem: bariera językowa, inne kody komunikacji, zasady higieny, system wartości, jedzenie, organizacja przestrzeni – wszystko zaczyna powoli uwierać i męczyć. Spadek energetyczny doprowadza do momentu, w którym mówi się: mam dość i nienawidzi się całego świata. W zależności od tego, jak sobie poradzisz z problemami, czy masz wsparcie, czy się „odnajdziesz” – wyjedziesz lub zostaniesz. Powoli uczysz się i odnajdujesz, i oto jesteś w fazie dostosowania, już nie raczkujesz ale nawet stawiasz kilka kroków. Jeśli na tym etapie nie wymiekniesz i zostaniesz, czekają cię znowu chwile zadowolenia i zachwytu – choć nie tak intensywnego – przeplatane momentami zwątpienia i zniechęcenia. Będzie raz z górki, raz pod górkę, a jak przeżyjesz ileśtam lat, zdobędziesz etap fazy czwartej mistrza, w której można już mówić o dwukulturowości.

Dwukulturowości, a nie akulturacji i totalnym „poturczeniu”, jakiego mniej lub bardziej świadomie oczekują od yabanci (obcy) „lokalni”, uparcie wmawiając ci wyższość kebaba nad kotletem i śmiejąc się i kiwając głową, kiedy pijesz herbatę w kubku a nie tulipanowej szklance, lepisz pierogi lub w końcu idziesz spotkać się z tutejszą Polonią.

*org.: “I am filled with dislike for this ordinary people who are incapable of finding a glimmer of poetry in certain things which fill me with exaltation” (Malinowski, Bronisław. 1989 (1967). A diary in the strict sense of the term: with new introduction; Stanford University Press: 21)

Oberg, Kalervo. 1960. Culture Shock & the Problem Of Adjustment To New Cultural

Environments. Practical Anthropologist7: 177-182.

Advertisements

Autor: Eyen

Od kilku lat zajmuję się etnologią i antropologia Bałkanów, głównie Macedonii. W ramach laboratorium etnograficznego na warszawskiej etnologii prowadziłam badania terenowe o tematyce genderowej w zachodniej Macedonii. Następnie już w lipcu 2007 pojechałam do Włoch, by choć przez kilka dni poobserwować życie pechalbarów - migrantów z Macedonii. Równolegle, przez prawie dwa lata byłam zaangażowana w badania w ramach grantu MENiSW "Relacje społeczne i etniczne na pograniczu macedońsko-albańskim", pod przewodnictwem Karoliny Bielenin-Lenczowskiej. W lutym 2008 po raz piąty przyjechałam do Macedonii, tym razem na stypendium do Skopje, by przez kilka miesięcy choć trochę poznać "normalne", codzienne życie tego miasta. Prozaiczny brak czajnika elektrycznego, pralki, czy kulturowego nawyku picia herbaty posiadały swoisty urok i prowokowały, by poddawać w wątpliwość znaczenie słowa "powrót". Już w styczniu 2009 po raz kolejny pakowałam się do Skopje, tym razem na dziewięć miesięcy, jako przyszła wolontariuszka programu Młodzież w Działaniu. Pracując dla organizacji Kreaktiv, prowadziłam warsztaty z ekologii i rękodzieła, pracowałam z młodzieżą Romską i realizowałam projekt genderowego treningu w Skopje. W "międzyczasie", odwiedziłam Tiranę, Sarajevo, Sremski Karlovci... by za każdym razem tęsknić za Skopje. Równolegle do antropologii studiowałam także ochronę środowiska w warszawskiej sggw. Po kilku przerwach w studiowaniu, w grudniu 2010 w reszcie obroniłam mgr ze specjalizacji ochrona przyrody. Przez rok pracowałam jako koordynatorka projektu promującego recykling w jednym z dużych ngo-sów w Warszawie, po czym w styczniu 2011 dostałam się na studia doktoranckie w Stambule na uniwersytecie Yeditepe. Moje badania dotyczą współczesnych migracji z Macedonii do Turcji. Równolegle, współpracuję przy projekcie badającym ponadpaństwowe więzi łączące migranów Macedońskich we Włoszech... Od stycznia 2011 mieszkam w Stambule. Studiuję na studiach doktoranckich w instytucie Antropologii na Yeditepe University, prowadząc badania o trans-granicznych więziach pomiędzy Macedonią i Turcją (tak bardzo, bardzo ogólnie mówiąc;)). Od niedawna piszę bloga także o moich doświadczeniach z Turcji. Główny punkt podróży ciągle się przesuwa. Ima vreme.

2 thoughts on “Miesiąc miodowy, szok kulturowy: kręta ścieżka do dwukulturowości”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s