O psach i kotach w Stambule: kultura (nie)udomowiania, prawo i zwyczaje

Mimo zarzekania się, że absolutnie żadnego zwierzęcia do domu nie wezmę, od kilku dni dzielę mieszkanie z kotem. Tak na prawdę bardzo tęskniłam za i marzyłam o kocie, ale „rozsądna” stona ja zaraz się wtrącała przypominając o częstych wyjazdach i skazywaniu kota na tęsknotę. Obserwując dachowce królujące na ulicach Stambułu, lśniące, upasione, dokarmiane, głaskane i przede wszystkim – wolne – wcale nie uważałam, że zamykając kota w czterech ścianach jakoś strasznie go uszczęśliwię. Obiecałam sobie, że żadnego absolutnie nie wezmę, no chyba że zdarzy się taka konieczność i udomowienie będzie dla niego jedynym wariantem przetrwania.

Myślokształt życzeniowy sprawił, że dokładnie 9 dni temu zawróciłam z głównego holu klubu sportowego i poszłam na spacer. Była piękna pogoda i chodząc bez celu po uliczkach, natknęłam się na kota. Był taki łady że nie mogłam się oprzeć pogłaskaniu i wtedy odkryłam, że pod puszystą długą sierścią jest prawie sama skóra i kości, a kot ma na pyszczku dziurę, dużą ciemną ranę. Nikt z moich domowników nie miał wcześniej kota ani psa, i jak wielu Turków na hasło pies/kot reagowali historiami o alergii na sierść, smrodzie w domu, chorobach odzwierzęcych i niebezpieczeństwach ze strony kota. Jednak tego kota nie mogłam zostawić i postanowiłam go zabrać chociaż do lekarza, wyleczyć i poszukać mu domu. Dzięki temu poznałam grono kociarzy i psiarzy, odkryłam fejsbukowe fora i nauczyłam się tureckiej terminologii medyczno-weterynaryjnej. Kot jest już ponad tydzień w domu, i oczywiście zostaje – bo okazało się, że nie tylko nie jest straszny, ale można się w nim zakochać. Po tygodniu łykania antybiotyku kot czeka na wizytę u dentysty chirurga i na prawdopodobną operację – w wielomilionowym Stambule jest tylko jedna osoba specjalizująca się w stomatologii zwierzęcej, bo choć zwierząt na ulicach jest dużo, w większości domów ich nie ma.

O zwierzętach domowych jest w Turcji ostatnio głośno. Nie dalej jak wczoraj odbył się na Taksim kolejny protest przeciwko zmianie ustawy dotyczącej praw zwierząt. Nowy projekt rządowy zamierza uregulowaćkwestię zwierząt ulicznych, co teoretycznie miało by polegać na umieszczeniu ich w specjalnuch ośrodkach poza miastem, gdzie miałyby czekać na adopcję. Tak jak wspomniałam, w Stambule jest mnóstwo ulicznych kotów, a także psów, któymi opiekują się ludzie. Niemal na każdym kroku ktoś stawia miskę z suchą karmą, parówkami, wodą, mięsem, a psy mieszkające np. w pobliskim parku są zaszczepione i zakolczykowane dzięki dofinansowaniu z rządu, karmione i głaskane przez dorosłych i dzieci. W każdej dzielnicy jest przynajmniej jeden państwowy punkt rehabilitacji zwierząt ulicznych (jest też internetowa strona główna choć uboga), działa też strona głównego serwisu weterynaryjnego Stambułu, na której można znaleźć wiele bierzących informacji i lokalnych odnośników. Zwierzęta uliczne są więc przeważnie zdrowe, zadbane, oswojone.

W każdej dzielnicy są też prywatne kliniki weterynaryjne, choć z pewnością nie tak liczne jak np. w Warszawie. Osobiście podejrzewam, że być weterynarzem w Turcji oznacza być też ateistą lub agnostykiem i liberałem. Weterynarze często się tatuują;) w rozmowie ze znajomymi odkryłyśmy z zaskoczeniem, że każdy z „naszych” weterynarzy ma co najmniej kilka tatuaży.

Wracając do zwierząt, o ile ludzie chętnie zaopiekują się nimi na ulicy, mało kto zdecyduje się wziąć kota lub psa do domu. Protestujący przeciwko zmianie ustawy podejrzewają, że projekt rządu tak na prawdę oznaczałby śmierć dla większości zwięrząt. Na grupie fejsbukowej Cihangir na którą trafiłam za sprawą mojego kota pojawiły się wzmianki o tym, że zwierzęta już zaczynają „znikać” z niektórych dzielnic. Cytuję: „słyszałam, że dzieciakom daje się 5 lub 10 lir za każdego psa któego złapią w okolicy Tuzla i Pendik. Ale nie ma dowodów.” We wspomnianej grupie głównymi aktywistami są cudzoziemcy, a grupa jest w większości anglojęzyczna, lecz są podobne i równie aktywne grupy tureckie, jak na przykład „Istanbul`da bir sokak kedisi”. Jak podaje Hurriet, wczorajszy protest zgromadził ponad 4 tysiące osób.

Turcja ma już w swoej historii „masakrę psów„, kiedy w 1910 setki psów ulicznych z miasta zostało wywiezionych na wyspę, gdzie pozdychały z głodu. Wycie tych psów podobno było słychać nocami na ulicach, na kórych właśnie kończyło się Imperium, a rozpoczynała rewolucja. Polecam przy okazji film „Harem Suare” Ferzana Özpetek, który na marginesie innych wydarzeń wspomina właśnie o tej historii.

W proponowanym projekcie ustawy jest kilka propozycji, które brzmią sensownie, jeśli tak się je wprowadzi, jak np. ograniczenie liczby zwierząt trzymanych w domu lub ograniczenia w posiadaniu tzw.groźnych ras psów. O ile jednak sensowne byłoby rzeczywiste monitorowanie handlu zwierzętami tak, żeby kupujący ponosili za nie faktyczną odpowiedzialność a sprzedawcy przestrzegali zasad etycznej hodowli, podobnie jak protestujący, wątpię w takie działanie tureckiego prawa. W rzeczywistości, tak zawne gróxne rasy nie są aż tak bardzo popularne w Stambule jak np. labradory lub husky, które też najczęściej wyrzucane są na ulicę kiedy okazuje się, że śliczny puszysty szczeniak rośnie i wymaga opieki lub po prostu znudzi się właścicielowi. W Stambule często można znaleźć na ulicy rasowe psy i koty porzucone przez właścicieli. Mój kot jest na przykład persem – i jako taki na ulicy po prostu średnio sobie radzi, gdyż wymaga dużo więcej opieki niż tzw. dachowiec. Jednak w ustawie nie ma propozycji sotyczących regulacji handlu, a szkoda: psy i koty sprzedawane są w zoologicznych supermarketach – jak np. Petworld –  gdzie siedzą w akwariach lub klatkach, często bez wody i jedzenia.

Co jakiś czas widuję w okolicach młodych ludzi ze szczeniakiem, który później w dziwny sposób znika i nie pojawia się na spacerach.

Tak jak i w Polsce, niektórzy „kochają” psa lub kota do czasu, kiedy okaże się kosztowny w utrzymaniu. Mojego kota przygarnęła wcześniej właścicielka sklepu, która jednak ulotniła się z gabinetu gdy okazało się, że leczenie kosztuje 80TL (ok 140PLN). Wyszła po zapomniany portfel i nie wróciła, a kota znalazłam a ulicy. Faktycznie, utrymanie zwierząt w Turcji nie jest w cale tanie. Same artykuły dla zwierząt są średnio dwa razy droższe niż w Polsce, a przyczyną są – podobno – duże podatki. Wiele osób nie zdecyduje się też wziąć psa lub kota do domu ze względów kulurowych. Tak jak już pewnie wspominałam, na przykład w mojej okolicy wieś przeniosła się do miasta: kobity trzepią dywany przez okna, pomykają po ulicy w szarawarach, a wesela urząda się często na ulicy przed domem. O ile wiele osób ma w domach kanarki lub papużki,  w życiu nie wpuści na swoje dywany czegoś, co będzie roznosić po nich sierść.

Inaczej niż w Polsce, wspomniane sklepy i kawarnie często mają swoje własne koty. Praktycznie każdy sklep mięsny lub rybny ma swoje stałe koty, najbardziej upasione w całej okolicy. Choć kocury regularnie obsikują wystawy sklepów, ubrania, meble, stołki i kwiaty w kawiarniach, nikt ich nie wygania. Codziennym widokiem jest zwierzę śpiące na firankach lub ubraniach, książkach i meblach, lub siedzące na kolanach sprzedawcy. Jeśli znikną z ulic, Stambuł byłby smutny, nie byłby już królestwem kotów.

I na koniec jeszcze raz o Polsce… większość moich znajomych Polek  (i podejrzewam, że wiele innych yabanci) dziwnym trafem (czyżby mutacja genetyczna?;) dostrzega na ulicy chore psy i koty, zabiera je do weterynarzy i do domów, tym samym dokonując cudownej przemiany swoich tureckich znajomych i rodzin, którzy ze zdumieniem odkrywają, że tym czego do tej pory brakowało im w codziennym życiu jest własnie ciepło pojawiające się wraz z psem lub kotem. Zastanawiąc się nad znajomymi Turczynkami i Turkami, którzy mają psy lub koty stwierdzam, że większość jest jak wetertnarze: liberałowie, feministki, antropolożki, ateiści. Tak, jakby posiadanie psa i kota było sprzeczne z religią, a przezcież Mevlana został pochowany wraz ze swoim ukochanym kotem, który dołączył do niego z tęsknoty kilka dni po śmierci poety.

Reklamy

Autor: Eyen

Od kilku lat zajmuję się etnologią i antropologia Bałkanów, głównie Macedonii. W ramach laboratorium etnograficznego na warszawskiej etnologii prowadziłam badania terenowe o tematyce genderowej w zachodniej Macedonii. Następnie już w lipcu 2007 pojechałam do Włoch, by choć przez kilka dni poobserwować życie pechalbarów - migrantów z Macedonii. Równolegle, przez prawie dwa lata byłam zaangażowana w badania w ramach grantu MENiSW "Relacje społeczne i etniczne na pograniczu macedońsko-albańskim", pod przewodnictwem Karoliny Bielenin-Lenczowskiej. W lutym 2008 po raz piąty przyjechałam do Macedonii, tym razem na stypendium do Skopje, by przez kilka miesięcy choć trochę poznać "normalne", codzienne życie tego miasta. Prozaiczny brak czajnika elektrycznego, pralki, czy kulturowego nawyku picia herbaty posiadały swoisty urok i prowokowały, by poddawać w wątpliwość znaczenie słowa "powrót". Już w styczniu 2009 po raz kolejny pakowałam się do Skopje, tym razem na dziewięć miesięcy, jako przyszła wolontariuszka programu Młodzież w Działaniu. Pracując dla organizacji Kreaktiv, prowadziłam warsztaty z ekologii i rękodzieła, pracowałam z młodzieżą Romską i realizowałam projekt genderowego treningu w Skopje. W "międzyczasie", odwiedziłam Tiranę, Sarajevo, Sremski Karlovci... by za każdym razem tęsknić za Skopje. Równolegle do antropologii studiowałam także ochronę środowiska w warszawskiej sggw. Po kilku przerwach w studiowaniu, w grudniu 2010 w reszcie obroniłam mgr ze specjalizacji ochrona przyrody. Przez rok pracowałam jako koordynatorka projektu promującego recykling w jednym z dużych ngo-sów w Warszawie, po czym w styczniu 2011 dostałam się na studia doktoranckie w Stambule na uniwersytecie Yeditepe. Moje badania dotyczą współczesnych migracji z Macedonii do Turcji. Równolegle, współpracuję przy projekcie badającym ponadpaństwowe więzi łączące migranów Macedońskich we Włoszech... Od stycznia 2011 mieszkam w Stambule. Studiuję na studiach doktoranckich w instytucie Antropologii na Yeditepe University, prowadząc badania o trans-granicznych więziach pomiędzy Macedonią i Turcją (tak bardzo, bardzo ogólnie mówiąc;)). Od niedawna piszę bloga także o moich doświadczeniach z Turcji. Główny punkt podróży ciągle się przesuwa. Ima vreme.

1 thought on “O psach i kotach w Stambule: kultura (nie)udomowiania, prawo i zwyczaje”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s