Zakupy on-line (po linie): szczypta refleksji nad przestrzenią

To widok juz tak dla mnie powszedni, że aż muszę sobie przypomnieć pierwszą nań reakcję by móc świeżej go opisać. Mianowicie, to co nazwałam „zakupami on-line” czyli: zakupy „po linie„:) Chodzi o to, żeby sie nie namęczyć, nie nadwyrężyć, nie nachodzić, a przy okazji podtrzymać kontakty towarzyskie z sąsiadami, dziećmi grającymi w piłkę na ulicy, sklepikarzami i ich rodzinami. Z licznych balkonów i okien w mojej okolicy zwisają bowiem na linkach wiaderka, koszyki i reklamówki, w różnorakich kolorach i kształtach. Dzięki nim, pokonując siłę grawitacji chleb, ser, cebula czy płyn do mycia naczyń trafiają z parteru prosto do rąk kupujących, bez zbędnego wychodzenia poza próg mieszkania.

Często zakupy podaje do koszyka/torebki/wiaderka sam sprzedawca. Większość sklepów to biznes rodzinny i zawsze znajdzie się ktoś, kto akurat może na chwilę wyjść i dostarczyć zakupy prosto do zwisającego na linie koszyka. Na przykład ostatnio spotkałam żonę sklepikarza, która niosła dwie siatki do wiaderka z domu na przeciwko: kupujący złapał grypę. Regularnie obserwuję też sąsiadkę, starszą panią, której sprzedawcy z pobliskich sklepów wkładają do koszyka zrealizowane listy zakupów, któe wciąga na balkon aż na trzecie piętro.

Bez problemu można też zamówić „on-line” różne produkty od podróżnych sprzedawców ulicznych. Codziennie pod moimi oknami ktoś krzyczy: simiiiiit, pogaaaczaaa – i wystarczyło by, żebym spuściła po sznurku 1TL by dostać świeże pieczywo prosto do okna. Viva lenistwo, viva przedsiębiorczość! Oczywiście można też zamówić różne rzeczy, także zakupy spożywcze i jedzenie, przez internet bądź na telefon, ale ten sformalizowany, usystematyzowany proceder nijak się ma w porównaniu do prawdziwie społecznych transakcji „on-line”.

Te zakupy po linie oddają odrobinę ogólne podejście do przestrzeni, którą kiedy indziej nazwałabym publiczną: ulic, chodników, przestrzeni poza murami budynków. W odróżnieniu do doświadczenia mieszkania w Warszawie, tutaj prywatne miesza się z publicznym, chociaż nie na wszystkich płaszczyznach. Lub może po prostu: podejście i rozpoznawanie przestrzeni jest po prostu inne niż to „warszawskie”.

I tak na przykład, sprzątając na balknonie można potem wylać wodę przez okno na chodnik. Poza tym można swobodnie wytrzepać przez okno lub z balkonu dywan lub chodnik. Na balkonach, za oknami a także na linach pomiędzy blokami suszy się różnokolorowe pranie, a na parapetach czerwienią się pomidory i papryki. Miniaturowe ogródki pomidorowo-papryczne to częsty widok także na skrawkach ziemi otaczających latarnie, słupy i drzewa. Doniczki z warzywami i ziołami powystawiane są przed sklepami, zakładami fryzjerskimi, kawiarniami. Często do tychże doniczek i skrzynek sikają koty, na któe jednak nikt się nie złości, w zamian za to podkarmiając je mięsem, rybami i suchym kiti-katem. W wielu sklepach i domach wiszą klatki z kanarkami i papużkami. To trochę tak, jakby próbować piknik z parku przenieść do miasta, choć trochę ożywić i spersonalizować anonimową w innym wypadku betonową przestrzeń miejską.

Advertisements

Autor: Eyen

Od kilku lat zajmuję się etnologią i antropologia Bałkanów, głównie Macedonii. W ramach laboratorium etnograficznego na warszawskiej etnologii prowadziłam badania terenowe o tematyce genderowej w zachodniej Macedonii. Następnie już w lipcu 2007 pojechałam do Włoch, by choć przez kilka dni poobserwować życie pechalbarów - migrantów z Macedonii. Równolegle, przez prawie dwa lata byłam zaangażowana w badania w ramach grantu MENiSW "Relacje społeczne i etniczne na pograniczu macedońsko-albańskim", pod przewodnictwem Karoliny Bielenin-Lenczowskiej. W lutym 2008 po raz piąty przyjechałam do Macedonii, tym razem na stypendium do Skopje, by przez kilka miesięcy choć trochę poznać "normalne", codzienne życie tego miasta. Prozaiczny brak czajnika elektrycznego, pralki, czy kulturowego nawyku picia herbaty posiadały swoisty urok i prowokowały, by poddawać w wątpliwość znaczenie słowa "powrót". Już w styczniu 2009 po raz kolejny pakowałam się do Skopje, tym razem na dziewięć miesięcy, jako przyszła wolontariuszka programu Młodzież w Działaniu. Pracując dla organizacji Kreaktiv, prowadziłam warsztaty z ekologii i rękodzieła, pracowałam z młodzieżą Romską i realizowałam projekt genderowego treningu w Skopje. W "międzyczasie", odwiedziłam Tiranę, Sarajevo, Sremski Karlovci... by za każdym razem tęsknić za Skopje. Równolegle do antropologii studiowałam także ochronę środowiska w warszawskiej sggw. Po kilku przerwach w studiowaniu, w grudniu 2010 w reszcie obroniłam mgr ze specjalizacji ochrona przyrody. Przez rok pracowałam jako koordynatorka projektu promującego recykling w jednym z dużych ngo-sów w Warszawie, po czym w styczniu 2011 dostałam się na studia doktoranckie w Stambule na uniwersytecie Yeditepe. Moje badania dotyczą współczesnych migracji z Macedonii do Turcji. Równolegle, współpracuję przy projekcie badającym ponadpaństwowe więzi łączące migranów Macedońskich we Włoszech... Od stycznia 2011 mieszkam w Stambule. Studiuję na studiach doktoranckich w instytucie Antropologii na Yeditepe University, prowadząc badania o trans-granicznych więziach pomiędzy Macedonią i Turcją (tak bardzo, bardzo ogólnie mówiąc;)). Od niedawna piszę bloga także o moich doświadczeniach z Turcji. Główny punkt podróży ciągle się przesuwa. Ima vreme.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s