Istambuł na sportowo: co ćwiczę, ćwiczyłam, lub (jeszcze) mi się nie udało

To fakt, że w Stambule jest chyba wszystko. Drugi fakt, że miasto jest ogromne, i nie zawsze możesz dosięgnąć tego, czego akurat pragniesz. Odkąd tu przyjechałam testuję różne możliwości realizacji sportowej.  Od kilku miesięcy chodzę na siłownię i na pilates, jeśli do tego dodam rower, to nie jest najgorzej. Nie udało mi się zrealizować planu „taniec, yoga, aikido”, i o tym poniżej:)

O ile w Kadikoy czy w okolicach Taksim do wyboru do koloru można wybierać między Salsą, Tango, Zumbą a Hip-Hopem, o tyle w mojej okolicy repertuar jest dość ograniczony. Ok, to fakt – jestem za leniwa na to, żeby jeździć na zajęcia tańca 1,5h w jedną stronę. Szukałam zatem czegoś bliżej miejsca zamieszkania. Szkoły tańca jako takiej nie ma. W okolicznym Domu Kultury jest podobno grupa tańca folkowego – tak przynajmniej wynika ze strony internetowej. W zeszłym roku próbowałam się zapisać, jednak spóźniłam się o jeden dzień:( Okazało się, że zapisy na wszelkie aktywności ruchowe odbywają się jedynie raz do roku, więc może spróbuję w tym – o ile grupa wystartuje. Lekcje tańca oferują też większe kluby sportowe, i czasem można zapisać się jedynie na taniec, bez konieczności zaczłonkowywania się w klubie, co może być drogie i niekoniecznie akurat potrzebne. Znalazłam więc klub fitness w Bahçelievler, który oferował zajęcia z tańca Orientalnego i Salsy. 10 minut jazdy metrobusem od mnie jest w pełni akceptowalne, umówiłam się zatem na bezpłatną lekcję próbną Oriyental Dans. Przy okazji nasłuchałam się o tym, że Oriyental Dans w Turcji to pewnie przyciąga tylko cudzoziemki, głównie Rosjanki, a nowoczesne dziewczyny wybierają Salsę. Zatem pozwoliłam się przyciągnąć na ów Oriental:) Oprócz mnie w grupie było 8 Turczynek, z czego trzy przyszły w chustach i długich płaszczach, pod którymi jednak miały obcisłe legginsy i krótkie bluzki. Zajęcia trwały jedynie 60 minut i niestety mnie rozczarowały, nie tylko dlatego, że brakowało rozgrzewki a zajęcia były powolne i nudnawe, ale też dlatego, że rozproszyły moje orientalistyczne wyobrażenia o tańczących Turczynkach:) Moja wizja pląsających dziewcząt o roztrzęsionych biodrach niczym z haremu prysła jak bańka, może dlatego, że jednak w haremie większość branek to jednak Słowianki;) Nie poczułam się zatem przekonana, żeby za zajęcia na których się nudziłam płacić 110 lir miesięcznie (raz w tygodniu, 60 minut). Gdy tylko lekcja się skończyła, zajrzałam do sali obok, gdzie akurat był kurs tańcy. Zaprowdziła mnie tam recepcjonistka, twierdząc, że na tych zajęciach akurat jest Macedonka, więc będę mogła sobie pogadać. Macedonka okazała się Rosjanką, która się cyba mnie przestraszyła, bo nie bardzo chciała w ogóle ze mną rozmawiać. Oprócz niej na zajęciach było tylko dwóch mężczyzn i trener. Ach, ta trafność wyobrażeń;))

Po niepowodzeniach w Bahçelievler znalazłam koleny klub, chyba największe w okolicy Fitness, gdzie w ofercie internetowej zachęciła mnie przede wszystkim Yoga i, znów, Orientalki. Wybrałam się zatem do klubu w celach poznawczych i dowiedziałam się, że niestety Yoga jeszcze nie wystartowała, może się zacznie, ale nie wiadomo kiedy, tak samo taniec. Ale mogę korzystać z siłowni, basenu, sauny i aerobic jeśli tylko się zaczłonkuję, najlepiej już teraz, bo jest właśnie super promocja. Początkową cenę 600 dolarów za pół roku przedyskutowaliśmy do 150 lir za miesiąc przy zapisie na 3 miesiące, ale yoga i taniec to nie siłka i aerobic – te mogę mieć prawie pod pod domem i za połowę taniej. Udało mi się namierzyć Yogę jeszcze w Bakirkoy, ale okazało się, że już nie funkcjonuje, no i Mecidiyekoy rzecz jasna, że nie jest jeszcze aż tak zdesperowana, żeby jechać 1,5h w jedną stronę na zajęcia Yogi, która poza tym jest w Stambule pieruńsko droga, jeśli porównać np. ze szkołą Bielewicza czy Jogą na Foksal w Warszawie.

Zdecydowałam się więc zapisać na siłownię jako taką, żeby chociaż (była zima) pobiegać na bieżni i czymś ciężkim pomachać. Najpierw chodziłam do klubu, który oprócz siłowni ma też kickboxing, potem przeniosłam się do innego, gdzie jest tylko siłka. I tak od kilku miesięcy uczestniczę w masochistycznych rytuałach okraszanych stękaniem (głównie w męskim wykonaniu) i przeglądaniem się w lustrach (j.w.:)). Na siłownię wczesną wiosną zapisało się kilka kobiet, i nawet niektóre ćwiczą. Spora część bowiem spaceruje na bieżni, potem przesiada się na rower (z gazetą) i idzie do domu. Trener twierdzi, że dziewczyny zawsze pojawiają się na wiosnę, bo wtedy chcą się odchudzać, jednak nie bardzo chcą/potrafią/lubią ćwiczyć.

Poza siłownią uczęszczam także na pilates.  10 minut drogi od domu jest coś w rodzaju dzielnicowego klubu sportowego, gdzie można się zapisać na różne darmowe zajęcia. Warunkiem są aktualne badania lekarskie, wyrobienie karty klubu i opłata rejestracyna za zapis (10TL). Jak na dzielnicową, a więc państwową placówkę przystało, klub dba o dobre morale. Wszystkie zajęcia odbywają się w odrębnych dla mężczyzn i kobiet grupach, nawet w innych godzinach: dla kobiet głównie rano/przedpołudniem, dla mężczyzn nawet wieczorem. I tak zapisać się można na: fitness (czyli siłownię), aerobic, pilates, lub basen. Wszystkie zajęcia są 2 razy w tygodni po 1-1,5 godziny. W zeszłym roku testowałam tam fitness, w tym zapisałam się właśnie na pilates. Na sali jest wszystko: taśmy, piłki, maty do ćwiczeń, a zajęcia często skutkują zakwasami w nieodkrytych do tej pory partiach mięśni. Taki jednorazowy zapis obowiązuje 2,5 miesiąca, później trzeba próbować ponownie, oczywiście ilość miejsc nie jest nieskończona.

Odkąd przywiozłam rower, mogę też więcej robić poza domem. W zeszłym roku zaczęliśmy grać w tenisa – jednak najbliższy kort oddalony jest około godziny marszu. Z rowerem jest dużo łatwiej, szczególnie, że sam dojazd na kort jest mega przyjemny: trasą przez las Ataturka i później wybrzeżem. Sam kort jest z kilkanaście metrów od morza, i nie jest jakoś niesamowicie oblegany. Wypadało by się jeszcze tylko nauczyć grać lepiej w tenisa – w zeszłym roku miałam jedną jedyną lekcję z instruktorem prawdziwszym niż Youtube:) Nagle okazło się, że całkiem sporo osób, które znam, grają w tenisa, więc niech się tylko na dobre ociepli:)

Jazda na rowerze w Stambule jest wykonalna. Nie odważyłabym się rzecz jasna wyjechać na główną ulicę – po pierwsze to żadna frajda jechać w spalinach, po drugie nie mam odruchów samobójczych. Jeżdżę głównie po mniejszych ulicach albo w lesie i wybrzeżem. Nawet najmniejsze ulice w okolicy zawsze są oblepiane przez różne pojazdy: samochody osobowe, dostawcze, skutery, motory. Ale tutejsi kierowcy po pierwsze nie jeżdżą szybko, a po drugie są przyzwyczajeni do tego, że wszystko jest możliwe i dlatego są w miarę cierpliwi i uważni. Na przyład nikt jeszcze nie trąbił na mnie, gdy jechałam pod prąd, albo przejeżdżałam pomiędzy samochodami w poprzek. Z rowerem jest o tyle fajnie, że ułatwia funkcjonowanie w najbliższej okolicy. Nagle mam bardzo blisko do lasu, nad jzioro i morze, zasięg bazarowy rozszerzył się z wtorkowego na prawie wszystkie dni tygodnia. Zauważam też sporo innych rowerzystów, jednak prawie wyłącznie mężczyzn. Poprawka – w okolicy nie widziałam jeszcze ani jednej dziewczyny powyżej lat 10, która jeździła by na owerze;) Jednak na wybrzerzu i w parku/lesie już się pojawiają, biegają, jeżdżą na rolkach, i na rowerach.

Za sprawą roweru znowu więc przeszłam na gender:) W pobliżu mojego domu jest dużo miejsc do uprawiania różnych sportów na zewnątrz, jednak to w 99,9% domena męska: są głównie boiska do piłki nożnej i koszykówki. Nie przypominam sobie, żebym widziała miejsce do gry w siatkę – jest może mniej popularna, poza tym może bardziej „kobieca”? Poza boiskami jest sporo placów zabaw i tzw. „siłowni” na-dwornych, czyli na dobrą sprawę placów zabaw dla dorosłych, które stoją ponad podziałami: najczęstszymi użytkowni(cz)kami są starsze kobiety (też w chustach i płaszczach) i starsi mężczyźni.

Reklamy

Autor: Eyen

Początki mojej etnograficznej przygody sięgają laboratorium etnograficznego na warszawskiej etnologii w ramach którego miałam szansę pojechać na pierwsze badania terenowe do zachodniej Macedonii. Przez kolejne lata byłam zaangażowana w badania dokumentujące relacje społeczne i etniczne na pograniczu macedońsko-albańskim oraz migrację z Macedonii do Włoch. Przez kilkanaście miesięcy mieszkałam w stolicy Macedonii, Skopje, jako stypendystka programu CEEPUS, oraz wolontariuszka programu Młodzież w Działaniu. Równolegle do antropologii ukończyłam magisterskie studia z ochrony środowiska w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego i przez rok po obronie pracowałam jako koordynatorka projektu promującego recykling w jednym z Warszawskich stowarzyszeń. W styczniu 2011 dostałam się na studia doktoranckie jako stypendystka programu TUBITAK-BIDEB na uniwersytecie Yeditepe i przeprowadziłam się do Turcji . Moje badania dotyczyły tożsamości muzułmanów z zachodniej Macedonii w kontekście migracji i więzi z Turcją. Kierując się różnymi względami w 2016 roku przerwałam studia doktoranckie by rok później kontynuować je na wydziale antropologii Uniwersytetu Oslo.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s