o (nie)komunikacji z kobietami

Nie wiem, czy to specyfika mojej uczelni, „kultury”, czy może moja własna – fakt, że co kolwiek nie zaproponuję w temacie moich badań, przeważenie słyszę: ah cudownie, wspaniale! Czasami czuję się niezręcznie, bo dzieje się tak w momentach, kiedy potrzebowałabym konstruktywnej krytyki, uwag i podpowiedzi. Tymczasem większość spotkań w sprawie moich badań czy też planu studiów zaczyna się i kończy komplementowaniem.

Było i jest mi nadal niełatwo zrozumieć kody komunikacyjne właściwe relacji student-kadra na mojej uczelni. Bardzo często spotkania – nawet przypadkowe, gdzieś na ścieżce pomiędzy budynkami – wyglądają jak przywitania na imieninach: buzi-buzi w policzek, „oh, jak bardzo się za panią stęskniłam!” i szereg komplementów na temat: brwi, torebki, butów, włosów. Bo na wydziale antropologii większość kadry to kobiety, a studentki liczebnie przeważają studentów. Chyba więc moje zakłopotanie dotyczy relacji pomiędzy kobietami w ogóle, bo wykracza też poza ramy uczelni. Oczywiście są wyjątki, ale…

Może w swoich wyobrażeniach bardzo błądzę, lecz na uczelni wyższej, od humanistek, antropolożek, mimo wszystko oczekiwałabym… profesjonalizmu. Nie chodzi mi o to, żeby nagle kobiety na uniwersytecie przestały zachowywać się „jak kobiety” – nie o męskie wyobrażenie bycia profesjonalną mi chodzi. Mam raczej na myśli jasność zachowań i komunikatów, szczerość wypowiedzi. Nie sugeruję tutaj bycia niemiłą, jeśli się kogoś na przykład nie lubi, ale po prostu nie lubię nieszczerego słodzenia. Przykład: jedna z osób słyszy dzwonek telefonu. To dzwoni studentka. Kobieta mruczy pod nosem: o matkoo, znowu ta dzwoni do mnie, czego chce znowu, brrr, jak ja nie cierpię, ufff. Po czym odbierając telefon przesłodkim głosem mówi: halo, skarbie, no jak się masz, o co chodzi? W tym momencie  nie bardzo wiedziałam, gdzie się podziać, i do głowy przychodziły mi dziesiątki określeń jakie mogłyby paść, gdybym to akurat ja dzwoniła, a na moim miejscu siedziałby ktoś inny. Ktoś może powiedzieć, że przesadzam, bo przecież nic złego w byciu miłym przez telefon, lub też że trzeba umieć utrzymywać dobre stosunki z ludźmi, z którymi się pracuje. No właśnie – ale czy prawidłowe relacje zawodowe muszą zawierać w sobie nieszczere słodzenie?

Być może to norma komunikacyjna – takie rozszerzone „dzień dobry”, i sama nie słodząc może jestem w odczuciu innych niemiła/chamska/niewychowana, lub po prostu „obca”. Mimo to takie buzi-buzi w policzek z osobą, z którą nie łączy mnie nic poza relacjami czysto zawodowymi jest dla mnie jak na razie nieosiągalnym stopniem akulturacji, ponieważ na moje „polskie” standardy wpisuje się w kategorię „nieszczere”.

Granica własnego „ja” i pojęcie prywatności a także bliskości jest konstruktem kulturowym. Mam tu na myśli kulturę zarówno „osobistą”, będącą wypadkową wychowania, edukacji, osobowości itd., jak również kulturę lokalną i, szerzej – narodową – kształtowaną na przykład przez wzorce przekazywane w szkole czy telewizji. I tak na przykład w telewizyjnych serialach czy reklamach poza słodzeniem pewnego rodzaju normą jest zaglądanie w cudzą prywatność. Ważniejsze w „realu” od zainteresowań staje się życie domowe innych. W okolicznych sklepach ekspendientki często zadają mi zestaw pytań o pochodzenie, stan cywilny, współmieszkańców i rodzinę. Istotne też jest: czy umiem gotować tureckie jedzenie? Ile mam lat, i czym zajmują się moi rodzice.

Reklamy

Autor: Eyen

Od kilku lat zajmuję się etnologią i antropologia Bałkanów, głównie Macedonii. W ramach laboratorium etnograficznego na warszawskiej etnologii prowadziłam badania terenowe o tematyce genderowej w zachodniej Macedonii. Następnie już w lipcu 2007 pojechałam do Włoch, by choć przez kilka dni poobserwować życie pechalbarów - migrantów z Macedonii. Równolegle, przez prawie dwa lata byłam zaangażowana w badania w ramach grantu MENiSW "Relacje społeczne i etniczne na pograniczu macedońsko-albańskim", pod przewodnictwem Karoliny Bielenin-Lenczowskiej. W lutym 2008 po raz piąty przyjechałam do Macedonii, tym razem na stypendium do Skopje, by przez kilka miesięcy choć trochę poznać "normalne", codzienne życie tego miasta. Prozaiczny brak czajnika elektrycznego, pralki, czy kulturowego nawyku picia herbaty posiadały swoisty urok i prowokowały, by poddawać w wątpliwość znaczenie słowa "powrót". Już w styczniu 2009 po raz kolejny pakowałam się do Skopje, tym razem na dziewięć miesięcy, jako przyszła wolontariuszka programu Młodzież w Działaniu. Pracując dla organizacji Kreaktiv, prowadziłam warsztaty z ekologii i rękodzieła, pracowałam z młodzieżą Romską i realizowałam projekt genderowego treningu w Skopje. W "międzyczasie", odwiedziłam Tiranę, Sarajevo, Sremski Karlovci... by za każdym razem tęsknić za Skopje. Równolegle do antropologii studiowałam także ochronę środowiska w warszawskiej sggw. Po kilku przerwach w studiowaniu, w grudniu 2010 w reszcie obroniłam mgr ze specjalizacji ochrona przyrody. Przez rok pracowałam jako koordynatorka projektu promującego recykling w jednym z dużych ngo-sów w Warszawie, po czym w styczniu 2011 dostałam się na studia doktoranckie w Stambule na uniwersytecie Yeditepe. Moje badania dotyczą współczesnych migracji z Macedonii do Turcji. Równolegle, współpracuję przy projekcie badającym ponadpaństwowe więzi łączące migranów Macedońskich we Włoszech... Od stycznia 2011 mieszkam w Stambule. Studiuję na studiach doktoranckich w instytucie Antropologii na Yeditepe University, prowadząc badania o trans-granicznych więziach pomiędzy Macedonią i Turcją (tak bardzo, bardzo ogólnie mówiąc;)). Od niedawna piszę bloga także o moich doświadczeniach z Turcji. Główny punkt podróży ciągle się przesuwa. Ima vreme.

7 thoughts on “o (nie)komunikacji z kobietami”

  1. Również mam problem z komunikacją i właśnie przesadna uprzejmość i brak konstruktywnej krytyki bardzo mi przeszkadza. Przeniosłam się z polskiego do tureckiego oddziału międzynarodowej korporacji. Niby firma ta sama, korporacja, zdawało mi się, że nie będzie problemu. W pl byłam postrzegana jako osoba silna i skuteczna, osiągająca cele bez zbędnego pitu pitu. Tutaj, niestety, poległam i musiałam wszystko przewartościować i spróbować od początku. Irytowały mnie ciągłe spóźnienia na spotkania (10-15 minut), a osoby przychodzące były kompletnie zrelaksowane i uśmiechniete i właśnie szczebioczące. Byli nieprzygotowani, czasem nie przychodzili. Któreś takie spotkanie zamknęłam po 20 minutach, gdy się okazało, że te osoby spóźnione, które przyszły, nie przeczytały dokumentu, który mieliśmy omawiać. Poprosiłam, aby następnym razem przyszli na czas i przygotowani, abyśmty nie marnowali niczyjeego czasu. Jedna z kobiet biorących udział w spotkaniu (na bardziej senior stanowisku niż ja) poszła do mojego szefa ze skargą, że nie chce być traktowana jak dziecko. Serio?

    1. Szczerze współczuję pracy w takiej frmie… najśmieszniejsze jest to, że jeśli byś np. stwierdziła że też zaczniesz mieć podobne podejście, nagle pojawiłyby się jakieś dziwne wymagania, drobnostki, ale żebyś „znała swoje miejsce” – przynajmnej takie miałam doświadczenie na uczelni. Nieprzygotowania, spóźnienia, zlewka wszystkego – norma. Do tego towarzyszące spotkaniom zapewnienia o tym, co to się niby zrobi i jak będzie wspaniale. Moja znajoma współpracowała (w Pl) z Turecką fimrą i np. zamawiała od nich uszczelki, a przysyłali jej panewki po czym zapewniali, że na pewno się przydadzą, po co odsyłać:)
      Zerknęłam na Twojego bloga, czytam, tak trzymaj!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s